const date = '10.08.2025';
plan koszty mapy

Zachodnie Wybrzeze USA w 2 tygodnie: Kalifornia, Arizona, Utah, Nevada

W kwietniu wybraliśmy się z żoną na zachodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych. Nasza od dawna wymarzona, pierwsza podróż do USA. W związku z tym, że nasze przyszłe plany podróżne są bardzo ambitne i zróżnicowane, zdawaliśmy sobie sprawę, że następny raz w Stanach może się wydarzyć dopiero za bardzo długi czas. Dlatego staraliśmy się wycisnąć z tego wyjazdu najwięcej, jak się dało, i ułożyliśmy napięty grafik, którego planowanie pochłonęło ogromne ilości czasu.

Teraz, bogatszy w całą tę wiedzę popartą doświadczeniem na miejscu, postanowiłem spisać nasz plan w tym artykule, aby mógł on się przysłużyć innym, a może i nam, gdy postanowimy powrócić w te miejsca za kilka lat.

Spis treści

Oryginalny plan w pigułce

Poniżej jest nasza skrótowa rozpiska oryginalnego planu. Jak wiadomo, rzadko rzeczy idą zgodnie z planem, dlatego na miejscu musieliśmy improwizować. Szczegóły opisałem w sekcjach poniżej, odnosząc się do konkretnych dni, ale warto już tutaj wspomnieć, że z racji pożarów, które trawiły Los Angeles zimą, dojazd do Pacific Coast Highway na wysokości Pacific Palisades był zamknięty, co kompletnie namieszało nam w planach na pierwszy i drugi dzień w LA. Dodatkowo, z powodu kiepskiej pogody w dniach 4-6 postanowiliśmy zostać jeden dzień dłużej w parku narodowym Yosemite, aby móc nacieszyć się nim choć jeden dzień w słonecznej pogodzie, co odbyło się kosztem jednego dnia w San Francisco.

Całe szczęście umiejętność improwizacji okazała się dużo mniej potrzebna w reszcie stanów i zwiedzanie Nevady, Arizony oraz Utah przebiegło już zgodnie z planem.

Łącznie plan obejmuje:

  • 3 duże miasta (Los Angeles, San Francisco, Las Vegas)
  • 4 parki narodowe (Sequoia, Yosemite, Grand Canyon, Zion)
  • Monument Valley
  • Antelope Canyon

Ponownie, poniżej jest nasz oryginalny plan bez modyfikacji wynikłych w trakcie podróży.

Nr Dzień tygodnia Sekcja Plan
0 Poniedziałek LA - Dzień 0 - Lądowanie w LA
- Santa Monica Pier & Venice Beach
1 Wtorek LA - Dzień 1 - Malibu i Pacific Coast Highway
- Mulholland Drive
- Beverly Hills / Rodeo Drive
- Obiad w Downtown
2 Środa LA - Dzień 2 - Hollywood sign hike
- Griffith Observatory (za dnia)
- Hollywood Walk of Fame
- Warner Bros Studio Tour
- Griffith Observatory (wieczorem)
3 Czwartek LA - Dzień 3
Nocleg w Three Rivers
- Wyprawa łodzią na oglądanie wielorybów
- Obiad w Exeter
4 Piątek Sequoia National Park
Nocleg w Yosemite Forks
5 Sobota Yosemite National Park - Dzień 1
Nocleg w Yosemite Forks
- Artist Point
- Vernal Fall i Nevada Fall
6 Niedziela Yosemite National Park - Dzień 2
Nocleg w Merced
- Upper Yosemite Fall i Yosemite Point
- Lower Yosemite Fall
7 Poniedziałek San Francisco - Dzień 1 - Treasure Island Vista Point
- Golden Gate
- Seal Rock
- Palace of Fine Arts
- Panoramic Views at Twin Peaks
8 Wtorek San Francisco - Dzień 2 - Lombard Street
- Fisherman's Wharf
- Pier 39
- Alcatraz
- Coit Tower
- Chinatown i Portsmouth Square Park
- Ferry Building
- Union Square
9 Środa Lot San Francisco -> Las Vegas
Nocleg w Williams
- Tama Hoovera
- Krótki odcinek Route 66
10 Czwartek Grand Canyon
Nocleg w Kayenta
11 Piątek Monument Valley
Page (również nocleg)
- Antelope Canyon
- Horseshoe Bend
- Glen Canyon Dam Overlook
12 Sobota Las Vegas - Dzień 1 - Zion National Park (Canyon Overlook Trail)
- Dita Von Teese w Voltaire w hotelu The Venetian
13 Niedziela Las Vegas - Dzień 2 - Gra w ruletkę
- Relaks przed podróżą
14 Poniedziałek Wylot
15 Wtorek Lądowanie w kraju

Podróż do Stanów

Na chwilę pisania tego artykułu obywatele Polski mogą wjechać na terytorium USA w celach turystycznych bez wizy, a jedynie wypełniając i opłacając na stronie tzw. ESTA. Niestety są tam dosyć szczegółowe pytania o pobyt, więc wypełnienie dokumentu zajmie pewnie z dobre 20 minut.

Ten plan zakłada przylot do Los Angeles i powrót do Polski z Las Vegas. Nie będę wchodził w szczegóły odnośnie szukania połączeń. My po prostu porównaliśmy oferty linii KLM, Lufthansa oraz LOT i z racji na najmniejszą liczbę przesiadek przy locie z Las Vegas zdecydowaliśmy się na Lufthansę, ale wszystkie te linie miały oferty bardzo zbliżone cenowo.

Jedna tylko uwaga — w przypadku innego miejsca przylotu i odlotu warto wybrać w wyszukiwarce linii lotniczej opcję „Podróż wieloodcinkowa”, tak aby cała podróż była na jednym bilecie. Taka oferta będzie dużo tańsza niż osobne bilety Polska -> Los Angeles i Las Vegas -> Polska.

Zwróćcie też uwagę, że wylatując z Polski z rana, np. w poniedziałek, dotrzecie do Los Angeles też w poniedziałek około południa (ten sam dzień). Natomiast wracając, jeżeli wylecicie w poniedziałek w południe, będziecie na miejscu w Polsce we wtorek po południu (+1 dzień).

Dzień "zero" w Los Angeles

Nasz samolot lądował o godzinie 13:00 czasu lokalnego, więc mieliśmy do dyspozycji jeszcze bardzo dużo z dnia do wykorzystania. Żeby zacząć jednak już korzystać z bycia turystą, musieliśmy jeszcze najpierw przejść przez kontrolę graniczną i odebrać samochód z wypożyczalni.

Przyznam szczerze, że kontroli granicznej, po naczytaniu się internetu, trochę się obawiałem. Szczególnie po ostatniej zmianie władzy w USA... Całe szczęście wszystko to okazało się nieprawdą. Co prawda kolejka była bardzo długa i czekaliśmy na swoją kolej około godziny, ale już przy stanowisku wszystko poszło szybko i sprawnie. Po paru rutynowych pytaniach otrzymaliśmy od bardzo sympatycznego funkcjonariusza ostrzeżenie o szalonych kierowcach na ulicach LA i mogliśmy już pójść po bagaż i opuścić lotnisko.

Z odbiorem samochodu poszło prawie równie gładko. Ważna informacja jest taka, że wypożyczalnie samochodów nie znajdują się bezpośrednio na lotnisku. Jeździ do nich specjalny shuttle bus. I niestety lokalizacja przystanków, z których shuttle bus nas odbiera, nie jest dobrze oznaczona. My się trochę naszukaliśmy. Jeden był blisko wyjścia z naszego terminala, ale rozpoznaliśmy go po tym, że podjechał do niego autobus oklejony w loga wszystkich firm wynajmujących samochody. Zdążyliśmy podbiec z walizkami zanim odjechał. Miłą nagrodą za szukanie przystanku był tańczący kierowca. Mega zabawna osoba 🙂

Jeżeli chodzi o same wypożyczalnie, to z komentarzy na Google Maps zdecydowaliśmy się na Alamo. Miało zdecydowanie najlepsze opinie i najniższe ceny. W dodatku przez stronę internetową można przejść procedurę "Skip the counter", po której otrzymuje się kod QR i po przybyciu na miejsce wystarczy odnaleźć na parkingu alejkę z typem samochodów, który zabookowaliśmy, i wybrać sobie jeden z nich, który nam najbardziej odpowiada. Kluczyki są w środku. Przy wyjeździe z parkingu pokazujemy tylko kod QR, a obsługa przypisuje do nas w systemie dany samochód.

Jeszcze dwie uwagi - nie mieliśmy problemu w Alamo, żeby zrobić wypożyczenie na kartę debetową. Musicie mieć tylko ze sobą bilet powrotny do Polski. Niestety formularz "Skip the counter" na ich stronie internetowej wykrywa rodzaj karty i przepuszcza tylko kredytówki. Ale bez problemu zamieniliśmy kartę na debetową przy wyjeździe z parkingu. Zajęło to dosłownie 2 minuty. Druga uwaga - formularz "Skip the counter" przyjmie dowolną kartę kredytową, ale nie wyjedziecie z parkingu, jeśli karta kredytowa nie będzie na nazwisko głównego kierowcy. My mieliśmy w formularzu podaną kartę żony i to był już dla nich problem. No ale i tak zmienialiśmy na debetówkę i tak.

Po wyjeździe na ulice wydaje mi się, że dosyć szybko wtopiliśmy się w ruch uliczny. Amerykanie jeżdżą wolniej i ostrożniej niż Polacy. To pozwoliło się łatwiej oswoić z ich ruchem ulicznym. Całe szczęście jest on bardzo podobny do tego u nas w kraju. Chyba największą różnicą, którą pamiętam, to że w Stanach można skręcać w prawo na czerwonym świetle bez zielonej strzałki. Chyba, że jest znak wprost tego zakazujący. Ale to raczej rzadkość. I jeszcze ich skrzyżowania równorzędne. Poznasz je po tym, że dojedziesz do znaku STOP, pod którym będzie informacja ALL WAY. To znaczy, że każdy tutaj ma znak STOP, a więc jest to skrzyżowanie równorzędne. W związku z tym pierwszeństwo ma ten samochód... który pierwszy pojawił się na skrzyżowaniu. Oczywiście, kto był pierwszy, jest bardzo subiektywne 😂 Ale Amerykanie raczej przepuszczają, niż się wciskają. Na pewno bardzo ciekawym doświadczeniem na drogach w LA były kilkupasmowe freeway'e z dosyć wąskimi pasami, na których można jechać relatywnie szybko i na których wszyscy wyprzedzają się z dowolnej strony - z lewej lub prawej. Obojętnie 😅 Ale trzeba przyznać, że zachowują od siebie kulturalnie dosyć duże odstępy, co było miłą odskocznią od polskiego siedzenia sobie na zderzaku.

Po wczekowaniu się do hotelu zostawiliśmy walizki w pokoju, samochód na hotelowym parkingu i poszliśmy wreszcie zwiedzać. Zatrzymaliśmy się w "Inn at Venice Beach" w dzielnicy właśnie Venice Beach, więc spacerem przeszliśmy się przez weneckie kanały, ulicę Abbot Kinney Blvd ze sklepikami, a później już promenadą nadmorską do Santa Monica Pier. W pobliskim Starbucksie wypiliśmy po kubku gorącej czekolady (15 stopni Celsjusza nad oceanem wcale nie jest tak ciepło, jak się wydaje) i... zamówiliśmy autonomiczną taksówkę Waymo z powrotem do hotelu.

Figure 1. Molo Santa Monica
Figure 2. Plaża Santa Monica

Muszę przyznać, że przejażdżka Waymo była super. Bardzo futurystyczne przeżycie. Za 4 mile zapłaciliśmy około 60 złotych. Niestety nie wiem, czy to dużo, czy mało w porównaniu do normalnych taksówek w Los Angeles, ale na pewno było warto 😁 Niestety, aplikacja Waymo nie jest dostępna przez Google Play dla osób spoza Ameryki, więc trzeba ją ściągnąć ze strony apkmirror. Ale było to proste i wszystkie funkcjonalności działają bez problemu. Aplikacja działa jak wszystkie inne Ubery czy Bolty.

Los Angeles - Dzień 1

Na ten dzień mieliśmy zaplanowaną przejażdżkę Pacific Coast Highway, ale niestety, jak już wyżej wspomniałem, z powodu pożarów, które trapiły LA zimą, Pacific Palisades zostało ponoć kompletnie zniszczone, a sama Pacific Coast Highway na tym odcinku zamknięta. Dowiedzieliśmy się o tym dzień prędzej od recepcjonisty w naszym hotelu.

Mieliśmy znaleźć z rana trasę alternatywną, ale jet lag dał się nam we znaki i wstaliśmy bardzo wcześnie. Spontanicznie zdecydowaliśmy, że skoro jesteśmy na nogach skoro świt, lepszym pomysłem będzie zrobić napis Hollywood, bo jest tam kiepsko z parkingiem i należy być tam wcześnie z rana.

Najbliższy parking znajduje się koło Lake Hollywood Park na Canyon Lake Drive i jest to po prostu parking wzdłuż ulicy. Na samym początku warto wstąpić do wspomnianego parku, gdzie od razu można śmiało cyknąć kilka bardzo fajnych fotek z napisem Hollywood. Potem ruszamy w górę drogi (niestety brak chodnika, należy uważać na samochody) i przez Mulholland Highway kierujemy się w kierunku The Last House on Mullholland i stamtąd wchodzimy na piaszczystą ścieżkę na Google Maps opisaną jako Mulholland Hwy Trl i kontynuujemy nią aż do domu pod adresem 3399 Deronda Dr. To tam ukryte jest wejście na szlak prowadzący do znaku Hollywood. Nie bójcie się przejść przez ogrodzenie. Wygląda, jakbyście wchodzili na jakiś zabroniony teren prywatny, ale to tak naprawdę lokalsi próbujący zbić Was z tropu, żeby zmniejszyć ilość turystów pod ich oknami. Jak już po przejściu przez bramę znajdziecie się na Mt Lee Drive, to już się nie zgubicie. Droga prowadzi prosto do celu 🙂 Nam cała trasa tam i z powrotem zajęła dokładnie 2h. Musicie tylko wiedzieć, że trasa prowadzi za napis. Nie da się niestety stanąć przed napisem. Ale widoki i tak są warte.

Figure 3. Widok na napis Hollywood z dołu
Figure 4. Widok ze wzgórza za napisem Hollywood

Dalsza część dnia to trochę improwizacja. Rzuciliśmy okiem, co mieliśmy w ogóle w planie na LA i co jest blisko, i zdecydowaliśmy ruszyć do Beverly Hills. Piękne, zielone, z dużą ilością wysokich palm wzdłuż dróg. Warto zrobić sobie zdjęcie w Beverly Hills Garden Park z napisem Beverly Hills i przejść się ulicą Rodeo Drive. Najprawdopodobniej będzie tam zaparkowane sporo luksusowych aut, których właściciele będą robić zakupy w wielu luksusowych sklepach na tej ulicy. Cały spacer tutaj to maks kilkadziesiąt minut.

Tutaj też po raz pierwszy spotkaliśmy się wreszcie ze słynnymi amerykańskimi słupkami parkingowymi i musieliśmy rozgryźć, jak to działa. Okazało się to bardzo łatwe. Słupek ma dwa światełka - czerwone i zielone - oraz na wyświetlaczu pokazuje pozostały czas opłacony dla danego miejsca parkingowego. Każde miejsce parkingowe ma swój własny słupek. W Stanach najczęściej parkingi są maks. 2 lub 3 godzinne. Wybieramy więc na słupku, jak długo chcemy parkować, płacimy kartą i słupek zmienia się z czerwonego na zielony. Często też się nam zdarzało znaleźć wolne miejsce przy słupku, na którym pozostało na przykład jeszcze 40 minut opłaconego czasu. Może się okazać, że właśnie tyle Ci wystarczy i nie musisz wcale płacić za parking 🙂 Opłaty też są niskie - rzędu kilku dolarów za 2h - i wahają się w zależności od miejsca.

Kolejną atrakcją był słynny Hollywood Walk of Fame, czyli ulica Hollywood Blvd z gwiazdami w chodniku. Niestety, sama ulica do najpiękniejszych nie należy i po przejściu kilku przecznic wróciliśmy do samochodu, odhaczając Walk of Fame jako zaliczony.

Tutaj też złapał nas głód i postanowiliśmy spróbować słynnego amerykańskiego comfort foodu - kurczaka z goframi. Zaraz obok Hollywood Blvd znaleźliśmy słynną sieciówkę Roscoe's Chicken & Waffles. No cóż... kurczak z goframi na pewno był ciekawym połączeniem, ale raczej wpadnie do tej samej kategorii co Walk of Fame - spróbowane, odhaczone 😅

Figure 5. Amerykański comfort food czyli gofry z kurczakiem i ogromną ilością syorpu klonowego. Do tego mac & cheese i stripsowy burger z frytkami.

Z Hollywood bardzo blisko jest do Griffith Observatory. Obserwatorium, które razem z widokiem pojawia się chyba w każdym filmie czy serialu kręconym w Los Angeles. Koniecznie chciałem go zobaczyć i był to nasz następny punkt na trasie. Parkingu pod dostatkiem. Zaparkowaliśmy bardzo blisko samego obserwatorium. Krótki spacerek i byliśmy na miejscu. Obserwatorium nie jest duże, ale prezentuje się ładnie. Widok na Downtown i resztę LA nie zawiódł. Na monumencie astronomów przed obserwatorium udało nam się znaleźć Kopernika 🙂 Chcieliśmy wrócić tutaj wieczorem, bo po 19:00 można skorzystać z teleskopu i popatrzeć w gwiazdy, ale niestety już się zachmurzyło pod wieczór i się to nie udało 😟

Figure 6. Griffifth Observatory
Figure 7. Widok z obserwatorium na downtown (centrum)

Dzień zakończyliśmy krótkim przystankiem na Angels Point w parku Elysian, z którego podziwialiśmy panoramę centrum miasta (polecam) oraz zwiedzaniem samego centrum. Byliśmy tam już wieczorem po 19:00 i centrum trochę opustoszało. Przeszliśmy się krótko obok najsłynniejszych budowli, włączając w to Walt Disney Concert Hall i City Hall. Ten drugi wyglądał bardzo ładnie podświetlony po zmroku.

Na kolację udaliśmy się do Cole's French Dip, gdzie serwują słynne kanapki i o wymyślenie których bój Cole's French Dip toczy z Philippe The Original. Sama kanapka była bardzo smaczna, ale cena mocno sugerowała, że płaci się kawałek historii 😅

Figure 8. Zabudowa w downtown
Figure 9. Widok na ratusz z Gloria Molina Grand Park
Figure 10. Cole's french dip

Los Angeles - Dzień 2

Tego dnia mieliśmy na sztywno wykupione zwiedzanie studia Warner Bros na godzinę 15:00. Całe szczęście poprzedniego dnia udało nam się zobaczyć znacznie więcej, niż myśleliśmy, że nam się uda, więc z naszego planu do zrobienia została nam jeszcze tylko przejażdżka Pacific Coast Highway i Mulholland Drive. Pacific Coast Highway to droga wzdłuż wybrzeża z ładnymi widokami na ocean, a Mulholland Drive to droga przebiegająca przez wzgórza z widokami na Los Angeles.

W związku z zamknięciem części Pacific Coast Highway w Pacific Palisades obmyśliliśmy plan objechania całego odcinka od północy drogą 101 i odbicia na N9, tak żeby wyjechać przy El Pescador State Beach. Ale po przejechaniu przez góry koniecznie najpierw zatrzymajcie się na tym punkcie widokowym. Widok jest genialny. Po króciutkim spacerze na El Pescador State Beach ruszyliśmy Pacific Coast Highway na wschód w stronę Malibu. Moim zdaniem po drodze warto się zatrzymać na kolejny krótki spacer na Zuma Beach i koniecznie na Point Dume. Niestety parking tutaj jest maciupeńki, na około 7 samochodów. My byliśmy tam w środę w kwietniu przy pochmurnej pogodzie i staliśmy w kolejce na parking jako drugi samochód. Dojście na wzgórze Point Dume z parkingu zajmuje około 10 minut, może nawet mniej, a z góry można podziwiać panoramę wybrzeża. Niestety na Malibu i molo w Malibu nie starczyło nam już czasu, więc tylko przejechaliśmy obok samochodem. Centrum Malibu to bardzo mała mieścinka, a samo molo robiło wrażenie takiego naszego molo w Brzeźnie, jedynie z restauracją na końcu, więc nie czuliśmy, żeby ominęło nas coś ważnego.

Figure 11. Widok na Malibu z Encinal Canyon Road
Figure 12. Klify Malibu

W centrum Malibu zatrzymaliśmy się jedynie na stacji benzynowej po jakieś przekąski i ruszyliśmy w drogę do Warner Bros Studio. Samo zwiedzanie studia filmowego podzielone jest na dwie części. Najpierw przez 1,5h jeździmy meleksem z przewodnikiem, który przewozi nas kolejno między "osiedlami" zbudowanymi na terenie studia i pokazuje domy, place i okolice, które brały udział w kręceniu konkretnych scen w konkretnych filmach i serialach. Ta część była dosyć ciekawa, ale chyba spodziewaliśmy się czegoś więcej, ale w sumie trudno określić czego konkretnie. Po prostu został po tej części mały niedosyt. Druga część to samodzielne zwiedzanie wystaw tematycznych. Pierwsza wystawa dotyczy serialu Friends, gdzie można zrobić sobie zdjęcie w dwóch charakterystycznych miejscach z serialu i pooglądać różne rekwizyty. Mi się jednak najbardziej podobał 5-minutowy seans w specjalnej sali filmowej, gdzie na podstawie filmu Grawitacja zaprezentowane było, jak wygląda cała obróbka i przygotowanie materiału dźwiękowego do filmów. Druga wystawa dotyczyła serii Harry Potter i Batman i moim zdaniem była raczej kiepska jakościowo.

Figure 13. Kawiarnia z Friends
Figure 14. Słynna wieża ciśnień Warner Bros. Studios

Na kolację pojechaliśmy do bardzo popularnej w tej części Stanów sieciówki In-N-Out Burger. Totalnie nie jesteśmy fanami McDonalda ani KFC, więc nie nastawialiśmy się na nic szałowego, ale spróbować trzeba, żeby wyrobić sobie opinię 😁 Do restauracji podjechaliśmy około 19:00. Korek do drive-thru wprawił nas w osłupienie. Samochody stały w linii aż na ulicy, blokując cały jeden pas na dość sporym odcinku. My zaparkowaliśmy samochód i weszliśmy do środka, gdzie były może ze 3 stoliki zajęte. Niestety w środku mimo to wcale nie było czysto. No a jedzenie dla nas trudne do odróżnienia od McDonalda.

Po jedzeniu pojechaliśmy w stronę hotelu się pakować, bo następnego dnia już opuszczamy LA.

Los Angeles - Dzień 3

Dzień 3 w mieście aniołów rozpoczynamy od wyprawy łodzią na oglądanie wielorybów! Zdecydowaliśmy się wypłynąć z firmą SoCal Whale Watching, gdyż jako jedyni wypływali z Long Beach. Większość łodzi wypływa z dużo bardziej oddalonego na południe Newport Beach albo nawet Dana Point, co było nam nie na rękę, gdyż po rejsie wyjeżdżaliśmy od razu na północ do naszej noclegowni zaraz przy parku sekwoi.

Na miejsce zbiórki przed rejsem dotarliśmy o 09:00, więc na pół godziny przed czasem. Mieliśmy więc spokojnie czas przespacerować się jeszcze wokół latarni morskiej w porcie. O czasie zbiórki zjawiła się para właścicieli i jeszcze z mamą z dwójką dzieci udaliśmy się do trochę większego RIBa. Na wyjściu z portu mogliśmy podziwiać ogromny liniowiec z czasów Titanica. Na początku rejsu podpłynęliśmy do jednej z większych boi, na których wylegiwały się lwy morskie. Wyglądały na równie zaciekawione nami, jak my nimi 😁 Po krótkiej sesji zdjęciowej udaliśmy się w głąb zatoki na poszukiwanie wielorybów i delfinów. Niestety, przez cały dwu godzinny rejs, mimo odwiedzenia sporej ilości miejscówek, nie udało się znaleźć ani delfinów, ani wielorybów. Na pocieszenie, na koniec rejsu sternik zabrał nas na "delfiny portowe", które, jak mówił, zawsze siedzą w porcie, ale są kompletnie nieinteraktywne i wychylały się na 1-2 sekundy i znikały pod wodą.

Miłym akcentem było, że otrzymaliśmy od firmy darmowy voucher na kolejny rejs bez daty wygaśnięcia, który mogliśmy zrealizować nawet na drugi dzień. Niestety przed nami park sekwoi i Yosemite, więc z vouchera skorzystamy następnym razem!

Figure 15. Przystań w Long Beach
Figure 16. Pozostałości rakiety SpaceX w porcie w Long Beach

W tym miejscu jeszcze chciałbym wspomnieć kulinarnie, że Los Angeles z racji bliskości do Meksyku słynie z kuchni meksykańskiej, a w szczególności Taco. Właśnie po rejsie postanowiliśmy spróbować ich meksykańskiej kuchni w jakimś autentycznym miejscu. Trafiliśmy do Taqueria La Mexicana. Chyba bardziej autentycznie trafić nie mogliśmy, bo wszystko w knajpie odbywało się po meksykańsku. Niestety wybór trochę nas przerósł, spanikowaliśmy i zamówiliśmy jakieś tacos i jakieś burrito. W efekcie dostaliśmy dwa małe tacos 😂 jedno normalne burrito i jedno "california burrito", które okazało się być po prostu mięsem z frytkami zawiniętymi w placek 😅 Mimo to wszystko było bardzo smaczne 🙂

Na wylocie z LA postanowiliśmy jeszcze zahaczyć o drogę Mulholland Drive, z której z braku czasu musieliśmy w poprzednich dniach zrezygnować. Postanowiliśmy zajechać chociaż na "Jerome C. Daniel Overlook above the Hollywood Bowl". Był to strzał w dziesiątkę. Jest to miejsce, z którego widać było dosłownie wszystko! Napis na zboczach Hollywood, obserwatorium Griffith, Downtown i wszystko inne dookoła. Must see!

Figure 17. Widok z Mulholland Drive z Jerome C. Daniel Overlook

Nocleg mieliśmy bardzo blisko parku narodowego sekwoi w Comfort Inn & Suites Sequoia Kings Canyon. Nasz pierwszy amerykański Inn! 🙂 Droga z Los Angeles była spokojna, ale za to z widokami i ze zmieniającym się krajobrazem. Najpierw podróż przez góry, później przez ciągnące się w nieskończoność równiny z farmami i sadami owocowymi, ale też przez prawdziwe pola naftowe! Stany pełną parą. Na kolację zatrzymaliśmy się w miasteczku Exeter z bardzo przyjemnym małym centrum - w sam raz na 5-minutowy spacer na rozprostowanie kości. Klimat tutaj jest dużo cieplejszy niż nad oceanem i zrobiło nam się około 25 stopni Celsjusza, więc wykorzystaliśmy to siadając w jednym z restauracyjnych ogródków. Wybór padł na dosyć wykwintną Monets Wine Bistro, ale po LA byliśmy trochę upodleni sieciówkami, fast foodami, kanapkami i przekąskami, że chcieliśmy zjeść coś fajniejszego. Okazało się to idealnym wyborem. Jakość dań była doskonała, normalnie jak nie w Stanach 😂 Zdecydowanie polecamy się tutaj zatrzymać, jeżeli ktoś będzie przejeżdżał w pobliżu.

Figure 18. Murale w Exeter
Figure 19. Murale w Exeter
Figure 20. Kolacja w Monets Wine Bistro. Polecamy!

W Exeter zrobiliśmy też zakupy w markecie, bo wiedzieliśmy, że w parku sekwoi przez cały dzień nie będzie nic do kupienia, a nie wiedzieliśmy też jak będzie wyglądać sytuacja w Yosemite, więc uzbroiliśmy się dosyć porządnie w batony, chipsy, owoce, ciasteczka, a nawet znaleźliśmy coś w rodzaju kabanosów (niestety do naszych polskich im bardzo daleko w smaku...). Na miejsce dotarliśmy już po zmroku, przed 22:00, więc tylko szybki check-in i do łóżka.

Sequoia National Park

Rano znaliśmy już szczegółową prognozę na trzy następne dni, które spędzimy w parkach narodowych. Niestety była ona dla nas bezlitosna i było już pewne, że przez te dni będziemy w dołku pogodowym - temperatury wahające się od 0 do 5 stopni Celsjusza i deszcz ze śniegiem. Całe szczęście obserwowaliśmy pogodę na całej trasie od kilku tygodni i widzieliśmy zmiany praktycznie z dnia na dzień z 20 stopni na 5 i na odwrót, więc byliśmy na takie warunki przygotowani, ale jednak liczyliśmy, że trafimy bardziej w tę dwudziestkę niż piątkę.

Mimo rozczarowania pogodą zeszliśmy na nasze pierwsze amerykańskie śniadanie hotelowe. No cóż… czytać o nich to jedno, ale przekonać się na własnym żołądku to drugie 😅 Wszystko, co było dostępne, było na słodko. Jedyne dostępne pieczywo to był chleb tostowy. Kilka różnych typów płatków śniadaniowych typu Cheerios czy Cini-mini, małe kwadratowe dżemiki, jeden rodzaj aromatyzowanego jogurtu, no i oczywiście gofrownica 😁 Na gofrownicy jest instrukcja obsługi, ale mimo wszystko polecam chociażby ten filmik pokazujący jak to działa. Nie będziemy przynajmniej wyglądać jak amatorzy pierwszy raz na śniadaniu w amerykańskim zajeździe 😊 Dla osób lubiących na śniadanie warzywa czy normalne pieczywo z szynką, niestety w tych bufetach śniadaniowych nie znajdzie się nic i tak to wygląda wszędzie, gdzie byliśmy. Najlepsze śniadanie było na ranczu w pobliżu parku Yosemite, w którym spaliśmy przez następne trzy noce. Wyróżniało się tym, że do stolików serwowany był ciepły "croissant" z kawałkiem kotleta i serem, którego później znaleźliśmy w markecie w lodówce z przygotowanym jedzeniem gotowym do wrzucenia do mikrofalówki. W jednym z zajazdów myślałem, że udało mi się znaleźć normalne płatki owsiane w saszetkach. Niestety okazało się, że były o smaku jabłka i... cukru 😱

Figure 21. Płatki owsiane o smaku... cukru

Przez park sekwoi biegnie jedna główna droga, którą można przejechać przez cały park. My jechaliśmy od strony Los Angeles, czyli wjeżdżaliśmy od południa, a wyjeżdżaliśmy na północ, bo jechaliśmy w stronę parku Yosemite. Główna część parku z najpopularniejszymi ścieżkami i najokazalszymi sekwojami jest relatywnie niewielka i jeden dzień w zupełności wystarczy, żeby się tym parkiem nacieszyć. Oczywiście nie zabraknie tutaj atrakcji i na trzy czy cztery dni pobytu, bo można się udać też do parku narodowego Kings Canyon (tak naprawdę to oba parki są jakby połączone w jeden duży park), zobaczyć jaskinię Crystal Cave czy udać się na jeden z wielu innych trekkingów, np. do Tokopah Falls. Akurat wszystkie te dodatkowe rzeczy, które wymieniłem, były zamknięte w okresie, w którym my byliśmy, i trasy do nich otwierają się dopiero na sezon letni. Ale naszym głównym celem i tak były sekwoje.

Przed odwiedzeniem parku warto sprawdzić wszystkie alerty na oficjalnej stronie parku. Często są tam informacje o aktualnie zamkniętych drogach i ekstremalnych warunkach pogodowych. W sekcji z mapami znajduje się mapa, na której zaznaczone są na czerwono wszystkie aktualnie zamknięte drogi, a na drugiej mapie - wszystkie aktualnie zamknięte trasy trekkingowe. Warto też na oficjalnej stronie sprawdzić prognozę pogody dla konkretnego rejonu parku, bo popularne serwisy pogodowe niekoniecznie dobrze ogarniają konkretne części parków. Na oficjalnej stronie z pogodą główna część parku podpisana jest jako Giant Forest.

Figure 22. Mapa Sequoia National Park

Na bramkach przy wjeździe do parku kupiliśmy wejściówkę America the Beautiful. Wejściówka jest imienna i pozwala na wjazd do federalnych parków narodowych przez rok. Na jedną kartę może wjechać cały jeden samochód ze wszystkimi osobami. Jedyny warunek jest taki, że posiadacz karty musi znajdować się w pojeździe. Koszt to 80 USD, więc się opłaca, bo wejściówka per samochód do tylko np. Yosemite to 35 USD.

Figure 23. Witacz Sequoia National Park

Trasa do parku wiedzie głównie w górę. Na początku, za bramkami, mieliśmy jeszcze przepiękne widoki rzeki w dole i szczytów gór w chmurach. Po drodze do głównej części parku zatrzymywaliśmy się co chwilę na mini parkingach, aby podziwiać widoki oraz przy słynnych miejscach jak Tunnel Rock czy drewniany znak Sequoia National Park. Niestety im wyżej byliśmy, tym mgła gęstniała, aż wjechaliśmy na poziom chmur i widoczność spadła do kilkuset metrów. Przy kolejnych punktach widokowych już nie było nawet po co się zatrzymywać. Humor trochę siadł...

Pierwszy dłuższy postój i pierwszy spacer zaplanowaliśmy po Big Trees Trail. Samochód zostawiliśmy na parkingu przy Giant Forest Museum i poszliśmy na pierwszy spacer wśród sekwoi. Po zrobieniu 2,2 km wróciliśmy do samochodu z opadniętą szczęką. Zobaczyć te drzewa samo w sobie jest niesamowite, ale zobaczyć je, gdy chmury już lekko sięgają ich koron i w całym lesie unosi się klimatyczna mgła... Szybko zrozumieliśmy, że przynajmniej tutaj pogoda, która nas spotkała, to raczej szczęśliwy traf niż pech. Wszystko wyglądało przecudnie i mega klimatycznie.

Figure 24. Wielkość sekwoi do człowieka
Figure 25. Korony sekwoi we mgle

Pozbieraliśmy szczęki z podłogi, wsiedliśmy do samochodu i przejeżdżając przez słynny Tunnel Log, czyli drogę zbudowaną przez upadłe drzewo sekwoi, pojechaliśmy na kolejny spacer do Giant Forest. Zaparkowaliśmy przy Crescent Meadow i ruszyliśmy w drogę w kierunku północnym zachodnią stroną łąki Crescent Meadow. Doszliśmy gdzieś do skrzyżowania szlaku Washington Tree z Giant Forest Loop i zawróciliśmy na parking, wracając tym razem wschodnią stroną łąki. W połowie łąki zatrzymaliśmy się na chwilę posłuchać rechotu dziesiątek żab. Stałem na upadłej sekwoi w swojej żarówiastej czapce, więc byłem doskonale widoczny z większości miejsc dookoła łąki. Mijani przez nas później ludzie żartobliwie dziękowali mi za moją czapkę, bo była najwidoczniej dla nich punktem odniesienia, jak próbowali pokazać innym gdzie jest niedźwiedź. Jak się okazało, musiał nasłuchiwać rechotu żab kilkanaście metrów od nas i nawet sobie z tego sprawy nie zdawaliśmy 🤷 Łącznie cała trasa tutaj wyszła nam dokładnie 5 km i zajęła nam niecałe 2 h.

W drodze powrotnej do głównej drogi zatrzymaliśmy się przy Moro Rock, skąd rozciąga się słynny widok na przepiękną dolinę. My się zatrzymaliśmy na chwilę upewnić się, że na pewno nie ma po co wychodzić z samochodu i tak, jak tylko wyszło się choć kawałek z lasu, mgła od razu gęstniała. Spuściliśmy więc głowy i pojechaliśmy na parking do ostatniego miejsca - Sherman Tree i Congress Trail.

Figure 26. Sekwoje

Z parkingu do General Sherman Tree (według opisów największej sekwoi, ale jak się wczytamy to wcale nie do końca 😂) jest poprowadzony bardzo dobry szlak prowadzący dosyć mocno w dół. I tak jak do tej pory w większości miejsc w parku byliśmy w większości sami i mijaliśmy kogoś raz na kilka minut, tak tutaj ludzi było mnóstwo. Wszyscy chcieli zobaczyć "największą" sekwoję. Z powodu tłumów szybko zrobiliśmy sobie kilka zdjęć przy Shermanie i uciekliśmy na ścieżkę Congress Trail. Przeszliśmy nią pętlę do Lincoln Tree, McKinley Tree, The Senate, The President Tree i wróciliśmy do tłumów zmierzających z powrotem na parking, ponownie ścieżką Sherman Tree Trail. Cała trasa tutaj wyszła nam 6,2 km i zajęła nam 1 h i 50 minut.

Zrobiło się już późno, więc postanowiliśmy zakończyć naszą przygodę w parku i pojechaliśmy prosto w stronę Yosemite Forks. Kolację zjedliśmy w jakiejś pizzerii zaraz po zjechaniu z gór. Niestety szału nie było, ale za to na kolacji sprawdziliśmy ponownie prognozy pogody i pojawił nam się pomysł zostania jeden dzień dłużej w parku Yosemite kosztem jednego dnia w San Francisco. Powodem było to, że tego dnia miało wreszcie wyjść słońce i mielibyśmy tylko tego dnia okazję zobaczyć Yosemite w słońcu. Długo się nie zastanawialiśmy i zaczęliśmy po drodze zmieniać rezerwacje w hotelach. Po 3 h jazdy udało też się nam dotrzeć na "nasze" bardzo klimatyczne ranczo, które możemy z czystym sumieniem polecić (to to od croissanta z mikrofalówki na śniadanie).

Yosemite National Park - Dzień 1

Dzień zaczęliśmy od dużej dawki energii na zapas na resztę dnia podczas śniadania 😊 Oprócz standardowego amerykańskiego zestawu śniadaniowego pojawiło się tutaj, prócz wspomnianych croissantów, kilka owoców, mleko, kilka smaków jogurtów do wyboru i akceptowalna smakowo kawa. Postanowiliśmy też porozmawiać na recepcji, jak tam wygląda sytuacja w parku, bo powiedziano nam przy check-inie, że będzie obeznana w temacie osoba dzisiaj. Dowiedzieliśmy się, że Pani dzwoniła do parku i na chwilę obecną warunki na drogach w parku są dobre, ale to się może oczywiście w każdej chwili zmienić i radziła nam dla pewności wjechać do parku od zachodu drogą 140, a nie 41-ką od południa. Oznaczałoby to jednak dodatkowe 30-40 minut straty w czasie, a wiadomo - kto tam będzie Polakowi gadał, co jest rozsądniejsze. My wiemy swoje 🙂

Figure 27. Mapa Yosemite National Park

Tutaj warto opisać, jakie są drogi prowadzące do parku. My jechaliśmy od południa, więc dla nas najbardziej odpowiedni był wjazd do parku drogą numer 41. Ten wjazd charakteryzuje się jednak tym, że droga wspina się tutaj aż do 6000 stóp (ok. 1830 m - dla ułatwienia można po prostu dzielić przez 3) nad poziom morza przy osadzie Yosemite West i później znowu obniża się do 4000 stóp w samym już Yosemite Valley. Od zachodu do parku można wjechać drogą 140 lub drogą 120. Nie wiem jak dokładnie wygląda droga 120, bo nią nie jechaliśmy, ale droga 140 nie przekracza wysokości 4000 stóp nad poziomem morza i na pewno jest dużo bardziej przyjazna w warunkach zimowych. Myślę, że jak się jedzie do Yosemite zimą, albo tak jak my pojechaliśmy wczesną wiosną, gdzie możliwe są jeszcze opady śniegu, to chyba jednak lepiej wybrać hotel gdzieś w Mariposa, żeby móc spokojnie dojeżdżać do parku właśnie 140-tką. Istnieje też możliwość dostania się do parku od wschodu drogą 120. Ponoć jest na niej bardzo ładnie, ale droga ta jest otwierana dopiero na sezon letni.

Uzbrojeni w prowiant na cały dzień i zimowe warstwy trekkingowe wsiedliśmy w samochód i ruszyliśmy 41-ką w stronę Yosemite. Już po około 10 minutach jazdy zaczął padać śnieg, a po kolejnych pięciu opady były już na tyle intensywne, że zaczęło nachodzić nas lekkie zwątpienie. Krótki postój na sprawdzenie opon i ulga - mamy całoroczne ze znaczkiem M+S 🙏 Na bramkach wjazdowych do parku było już trochę śniegu na poboczu, a czas wjazdu - w kolejce czekało kilkanaście samochodów. Czas oczekiwania na wjazd to było może max 8 minut. Na wjeździe wylegitymowaliśmy się kartą America the Beautiful i zostaliśmy poinformowani, że jeżeli jedziemy do doliny, to w parku za skrzyżowaniem z drogą prowadzącą do Wawony na 41-ce obowiązują przez weekend warunki zimowe i konieczne są łańcuchy na kołach. Na uwagę, że mamy zimówki, pan Ranger odpowiedział tylko, że w takim razie nie musimy ich zakładać, ale po drodze będzie na pewno kontrola i jeżeli nie będziemy mieli łańcuchów w samochodzie to kara 1000 USD. Zostaliśmy też poinstruowani, że w Wawonie jest sklep spożywczy, w którym mają łańcuchy i w drodze do Wawony jest też stacja benzynowa, na której również można dostać łańcuchy.

Postanowiliśmy więc udać się na wycieczkę po parku z misją w poszukiwaniu łańcuchów… Na stacji benzynowej niestety łańcuchów na nasz rozmiar opon już zabrakło, ale Pani nam wyraźnie zasugerowała, że rangersi sprawdzają tylko czy łańcuchy mamy, a nie czy pasują na koła (jeżeli mamy opony M+S). Stwierdziliśmy jednak, że sprawdzimy jeszcze w drugim sklepie. Do Wawony prowadzi osobna, raczej wąska droga. Sama wioska wyglądała raczej na opustoszałą i zaczęliśmy wątpić, czy będzie tutaj otwarty jakikolwiek sklep, ale okazało się, że jednak Pine Tree Market funkcjonuje pełną parą i ma całkiem niezłe zaopatrzenie 😁 Co więcej - w asortymencie były dostępne łańcuchy na nasz rozmiar opon. Cena niemała - 140 USD, ale tutaj niespodzianka - jak nie użyjemy łańcuchów, to możemy je zwrócić i dostaniemy zwrot 100 USD. Super, bierzemy! 😁

Z łańcuchami w bagażniku wyruszyliśmy już teraz na pewno do doliny. Po drodze, gdzieś od 4500 stóp wysokości, leżało na drodze już całkiem sporo śniegu, a przy Yosemite West na 6000 stopach - zima w pełni! Ludzie na drogach wydawali się całkowicie zaskoczeni panującymi warunkami (no, my jednak trochę też) i ruch na drodze odbywał się bardzo powoli. Cała zabawa w poszukiwanie łańcuchów i powolny dojazd do doliny kosztował nas sporo czasu i na miejscu byliśmy mocno po godzinie 11:00. Pierwszy przystanek - Tunnel View! Bardzo mocno się martwiliśmy, że będzie jak w parku Sekwoi, gdzie nie było kompletnie nic widać na punktach widokowych. Całe szczęście tutaj chmury/mgła były dużo wyżej i mogliśmy podziwiać przepiękny widok na dolinę otoczoną szczytami, które z kolei same chowały się w obłokach chmur. Coś niesamowitego. Od razu na dzień dobry ponownie zbieranie szczęki z podłogi. Szczyty w chmurach robiły robotę i super klimat, i ponownie stwierdziliśmy, że taka pogoda też ma swój urok i natychmiast poprawiły nam się humory, a wszystkie wątpliwości i obawy zniknęły.

Nasza decyzja, że zostajemy dzień dłużej w Yosemite, już zapadła - musieliśmy więc trochę improwizować z planem. Było już za późno na całodniowe hikingi, które mieliśmy w planach (Upper Yosemite i Nevada Fall), więc postanowiliśmy, że tego dnia zrobimy kilka mniejszych, a jak zostanie nam czasu, to po prostu pokręcimy się trochę po samej dolinie.

Co do poznania i porównania różnych hikingów w Yosemite, to bardzo pomocna jest strona yosemitehikes. Zawiera ona spis większości (jak nie wszystkich) tras trekkingowych z bardzo dobrymi opisami samych szlaków i jak się na nie dostać. W części "Yosemite Regional Breakdown" są też świetne zestawienia tras ze skalą tłumów, piękna scenerii, trudności i długości. Super sprawa.

Skoro już byliśmy na Tunnel View, to postanowiliśmy zostawić tutaj samochód i wdrapać się na Artist Point. Według strony Yosemite Hikes prowadzi do niego mało uczęszczana (2/5 ludzików), łatwa (kolor zielony) i bardzo ładna trasa (5/5 gwiazdek), a całość ma 3,2 km w obie strony. Idealna na start. Ruszyliśmy więc z parkingu w górę wzdłuż Pohono Trail. Faktycznie na trasie było pusto. Aż do skrzyżowania z Old Wawona Road minęliśmy się tylko z dwoma parami. Na skrzyżowaniu był drogowskaz na Inspiration Point. Był on relatywnie niedaleko (0,6 mili), byliśmy pełni energii, w planie były i tak tylko łatwe trekkingi na dziś, więc pomyśleliśmy "czemu nie?" i zamiast skręcić w Old Wawona Road w kierunku Artist Point, kontynuowaliśmy dalej Pohono Trail. Po hikingowej chwili byliśmy już u góry podziwiając... mleko. Okazało się, że na dosłownie kilkaset metrów przed Inspiration Point jest granica chmur i musieliśmy obejść się smakiem. Nici z widoku. Zeszliśmy w dół i na skrzyżowaniu tym razem skierowaliśmy się już w stronę Artist Point. Na tym odcinku Old Wawona Road jest dosyć płaska, więc szło się przyjemnie. Po drodze zaczęliśmy zapoznawać się z tutejszymi wiewiórkami. Słodziaki z wyglądu, ale uwaga! Lubią ugryźć! Lepiej podziwiać z daleka. Z drugiej strony, jak odpoczywaliśmy na innych trasach, same podchodziły do nas i "prosiły" o jakiś smakołyk. Raz poszczęściło im się ogryzkiem od jabłka. W nagrodę na spokojnie pozowały nam do zdjęć 😊 Też po niedługiej hikingowej chwili byliśmy już na Artist Point. Punkt niestety nie jest oznaczony, ale uwierzcie mi - będziecie wiedzieć, jak jesteście na miejscu. Widok jest nieziemski! Odrobinę podobny jak z Tunnel View, ale bez tłumów ludzi i trąbiących na siebie samochodów. Widok jest z dużo wyższej wysokości, co całkowicie zmienia perspektywę. Widać jeszcze więcej doliny. Piorunujące. Must see! Cała ta trasa z Inspiration Point i Artist Point z parkingu z Tunnel View tam i z powrotem to 6,2 km i zajęła nam 2 h i 20 minut.

Figure 28. Widok z Artist Point

Po powrocie do samochodu zdecydowaliśmy, że to jest dobry moment, żeby zjeść coś konkretniejszego niż tylko batoniki. Zajechaliśmy więc do Curry Village, gdzie znajduje się mały food hall. Nie byliśmy pewni, co będzie tam otwarte poza sezonem, ale Google Maps twierdził, że otwarta jest pizzeria Curry Village Pizza Deck. 4,3 z 1250 opinii, no no, nieźle jak na park narodowy. Jak bardzo był to zły pomysł, niech świadczy to, że czekaliśmy na pizzę ponad godzinę przy okienku wydającym zamówienia w przejściowym deszczu. Wokół było pełno zdezorientowanych ludzi, którzy też nie mogli się doczekać na swoje zamówienie. Przestrzegam przed tym miejscem. W food hallu otwarta była jeszcze jedna restauracja. Miała gorsze opinie, ale widziałem, że wydawała posiłki w dużo szybszym tempie.

W wiosce znajduje się jeszcze drugi food hall - Yosemite Lodge Food Court. Jedliśmy tam ostatniego dnia. Mój burger był w porządku. Żona zamówiła makaron po azjatycku z warzywami i kurczakiem. Przy odbiorze powiedziano jej, że warzywa się już skończyły i czy może chce w zamian podwójną porcję kurczaka. Skończyła więc z makaronem z górą kurczaka bez żadnych innych dodatków 😂

Po przygodach z pizzą nie zostało nam już za dużo czasu, więc pojechaliśmy na niedużą pętlę "Lower Yosemite Falls Trail". Bardzo przyjemny spacerek do dolnego wodospadu Yosemite. Pętla ma 2,2 km i zajmuje niecałe 30 minut. Kompletnie po płaskim, z pięknym widokiem na dolny wodospad. Robiąc pętlę, nie zapomnijcie zahaczyć o Yosemite Falls View, z którego ładnie widać dolny i górny wodospad.

Figure 29. Dolny wodospad Yosemite

Na koniec, już w drodze powrotnej, zatrzymaliśmy się przy wodospadzie Bridalveil Fall. Dojście do niego z parkingu zajmuje dosłownie 5 minut. Można podejść bardzo blisko. W czasie, jak byliśmy, wodospady były dobrze zasilone topniejącymi śniegami i były w sile - stojąc na platformie przy Bridalveil Fall przez niecałą minutę potężnie zmokłem 😀 Ale cieszyłem się jak dziecko 😁

Figure 30. Wodospad Bridalveil

Trasa powrotna samochodem też była długa i powolna. Śniegu było jeszcze więcej i na krętych, ośnieżonych zakrętach ludzie jechali bardzo powoli. Ani w jedną, ani w drugą stronę nie napotkaliśmy patrolu sprawdzającego łańcuchy. Przez kolejne dni, mimo ostrzeżeń o mandatach i checkpointach na drodze, też nikt łańcuchów nie sprawdzał.

Figure 31. Ośnieżona droga do Yosemite National Park

Yosemite National Park - Dzień 2

Na drugi dzień w Yosemite już byliśmy dużo lepiej przygotowani, mieliśmy wszystko, co potrzebne, więc udało nam się dojechać na miejsce dużo wcześniej. Z racji pory roku wiele szlaków i dróg dojazdowych do szlaków było jeszcze zamkniętych. Między innymi droga Glacier Point Road do słynnego Glacier Point. Bardzo chcieliśmy zobaczyć ten najsłynniejszy punkt widokowy Yosemite, ale nawet bezpośredni szlak pieszy Four Mile Trail prowadzący bezpośrednio na punkt był zamknięty i to jeszcze nawet przed punktem widokowym Union Point w połowie szlaku, więc nawet nie mogliśmy się wspiąć i na ten punkt widokowy. Oczywiście na Glacier Point prowadzą też szlaki alternatywne, np. przez Nevada Fall lub przez Pohono Trail, ale to są bardzo długie, kilkunastogodzinne trasy. Warto przed odwiedzeniem parku zajrzeć na oficjalną stronę parku i sprawdzić wszystkie aktualne komunikaty o utrudnieniach w ruchu, zamkniętych drogach i szlakach oraz kiedy w ogóle jest wymagana rezerwacja wjazdu do parku! Najczęściej wygląda to tak, że rezerwacje wjazdówek konieczne są w weekendy w maju i wrześniu oraz na wszystkie dni tygodnia w sezonie wysokim od połowy czerwca do połowy sierpnia. Na tej stronie można zobaczyć aktualny stan dróg i szlaków (otwarte/zamknięte). National Park Services prowadzi też historyczne zapiski kiedy jakie drogi były otwierane w danym sezonie, co pozwala mniej więcej oszacować kiedy można spodziewać się otwarcia danej drogi lub szlaku. Nie zapomnijcie też o sprawdzeniu prognozy pogody! To są góry i pogoda jest kapryśna. Najlepiej wejść na oficjalną stronę, gdzie można sprawdzić prognozę dla konkretnego regionu parku. Dla samej doliny bezpośredni link jest tutaj.

Nasz wybór tego dnia padł na hike do Nevada Fall. Jeden z klasyków. Szlak zaczyna się na samym końcu Curry Village. Happy Isles Loop Road jest zamknięta dla samochodów i jeżdżą nią jedynie pracownicy parku i autobusy parkowe. Całe szczęście zaraz przed loopem jest parking na poboczu wzdłuż drogi, na którym znalazło się jeszcze dla nas miejsce. Stąd jednak jest jeszcze ponad kilometr do początku ścieżki. Trasa na początku biegnie przez John Muir Trail aż do skrzyżowania z Mist Trail, gdzie mamy wybór. Zimą ten odcinek Mist Trail jest zamknięty aż do samej góry nad wodospadem Vernal Falls i trzeba kontynuować "objazdem" dalej przez John Muir Trail. Jak my wybieraliśmy się na szlak, to na mapie na oficjalnej stronie ten odcinek Mist Trail był oznaczony na czerwono, ale w rzeczywistości bramka była już otwarta i można było udać się krótszym, ale i bardziej stromym Mist Trail. Idąc Mist Trail idziemy wzdłuż rzeki Merced i podchodzimy pod Vernal Falls od dołu i wędrujemy nad wodospad po schodach, będąc dosyć obficie opryskiwanym przez wodę z wodospadu 😊

Figure 32. Vernal fall
Figure 33. Vernal fall
Figure 34. Widok z góry Vernal fall

W sezonie, jak w wodospadach jest mniej wody, to pewnie ilość pryskającej wody będzie niewielka. Nad wodospad wdrapujemy się po wysokich stopniach i miejscami jest wąsko. Znad Vernal Falls do Nevada Fall kontynuujemy szlakiem Mist Trail, aż dotrzemy nad Nevada Fall i ponownie skręcimy w John Muir Trail. Widok znad wodospadu na dolinę jest przepiękny, więc robimy tutaj dłuższą przerwę jedzeniową w towarzystwie wiewiórek czekających na małe co nieco od turystów. Ponownie uwaga - ugryzienia zdarzają się dosyć często, więc lepiej nie drażnić i nie zbliżać się zbyt blisko.

Figure 35. Nevada fall
Figure 36. Widok z góry Nevada fall
Figure 37. Widok z góry Nevada fall
Figure 38. Widok z góry Nevada fall

Ponownie mamy teraz wybór - wrócić tą samą krótszą i bardziej stromą Mist Trail lub zakreślić na mapie "kółko" i wrócić dłuższym John Muir Trail. Postanawiamy zrobić to drugie i musimy przyznać, że była to bardzo dobra decyzja. Widoki na Nevada Fall i na Half Dome, który notabene tylko wyłaniał się czasami zza chmur, były obłędne.

Warto jeszcze wspomnieć, że na tej trasie są trzy bardzo dobrze utrzymane łazienki. Pierwsza przy Vernal Falls Footbridge, druga kawałek za Vernal Falls, a trzecia na skrzyżowaniu Mist Trail i John Muir Trail na wysokości Nevada Fall.

To był bardzo udany dzień z pięknymi widokami, dwoma wspaniałymi wodospadami, sympatycznymi ludźmi poznanymi na szlaku i mnóstwem wiewiórek 😁 Całość na Garminie od parkingu do parkingu wyszła nam 15,8 km, a czas 5 h i 45 minut, ale na przerwy jedzeniowe stopowaliśmy aktywność na zegarku.

Po doświadczeniach z jedzeniem w parku, na kolację pojechaliśmy do Oakhurst, kawałek za ranczem, w którym się zatrzymaliśmy. Miasteczko ma kilka przyzwoitych restauracji otwartych trochę dłużej niż tylko do 20:00. Wstąpiliśmy też do Raley's, żeby uzupełnić trochę zapasy.

Yosemite National Park - Dzień 3

To nasz dodatkowy, trzeci dzień w parku. Zgodnie z prognozami rano przywitało nas bezchmurne niebo. Nareszcie! Nie mogliśmy się doczekać, by wreszcie zobaczyć dolinę w słońcu! Spakowani wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy w drogę. Na bramkach wjazdowych rangersi potwierdzili nam, że stan zimowy jest już odwołany i łańcuchy nie są wymagane. Mogliśmy więc udać się w pierwszej kolejności do osady Wawona i zwrócić nasze łańcuchy w Pine Tree Markecie. Nie byliśmy jednak jedyni. W sklepiku była kolejka, a na domiar złego w kasie padł system. Jedyna możliwość zwrotu to było przyjęcie gotówki i całe szczęście byliśmy ostatni, dla których wystarczyło gotówki w kasie 🙏

Z lekkim opóźnieniem udaliśmy się do doliny, gdzie czekał na nas szlak na Upper Yosemite Fall & Yosemite Point! Ale chcieliśmy jeszcze skorzystać ze słońca i zatrzymaliśmy się jeszcze raz na Tunnel View, by podziwiać dolinę skąpaną w słońcu. Przepięknie!

Figure 38. Widok z tunnel view w słońcu

Dojechaliśmy na parking zaraz na początek szlaku i ruszyliśmy w drogę. Ze szlaku praktycznie co chwilę jest widok na Yosemite Valley, a chwilę po minięciu Columbia Rock również i na Upper Yosemite Fall, cel naszej wędrówki. Dosłownie co chwilę można się tutaj zatrzymywać i robić zdjęcia - albo doliny, albo wodospadu. Sporo ludzi idzie tylko do Columbia Rock albo jeszcze trochę dalej, do podnóża Upper Yosemite Fall. Od tego miejsca w górę idą już tylko ci zdecydowani, by dojść aż na samą górę Upper Yosemite Falls, więc na szlaku robi się trochę luźniej.

Droga na sam szczyt wodospadu zajęła nam niecałe 3h 30min. Tam zrobiliśmy przystanek na podziwianie widoków i robienie zdjęć.

Figure 39. Widok na dolinę Yosemite ze szlaku na Upper Yosemite Fall
Figure 40. Upper Yosemite Fall
Figure 41. Widok na dolinę ze szczytu Upper Yosemite Fall

To jeszcze jednak nie koniec wspinaczki. Po kolejnej godzinie byliśmy u drugiego celu - na Yosemite Point. Ciężko się zdecydować, z którego miejsca widok jest ładniejszy. Oba są niesamowite.

Figure 42. Widok na dolinę z Yosemite Point

Tutaj dłuższa przerwa jedzeniowa i po odpoczynku ruszyliśmy w drogę powrotną, zahaczając jeszcze raz o Upper Yosemite Fall. Te widoki naprawdę są nieziemskie 😊 Byliśmy jednymi z ostatnich osób schodzących tego dnia, więc na szlaku było już pusto i tak naprawdę aż do Columbia Rock minęliśmy się tylko z jedną grupką, która ewidentnie wybrała się na górę nocować. Całość trasy na Garminie wyszła prawie równo 17km, z przewyższeniem 1200m i czasem 7h 30min. Z powodu późnego startu na parkingu byliśmy około 19:30, więc nie pozostało nam nic innego, jak tylko kolację zjeść w parku we wspomnianym już wyżej Yosemite Lodge Food Court. Najedzeni wyjechaliśmy z parku już po zmroku, więc całą prawie dwugodzinną drogę do Merced przejechaliśmy po ciemku.

W Merced zatrzymaliśmy się w całkiem niezłym "Holiday Inn Express & Suites Merced - Yosemite Natl Pk Area by IHG". Jedyny minus to całą noc jeżdżące pociągi towarowe za oknem. Ja byłem padnięty i śpię w zatyczkach, więc mi nie przeszkadzały, ale żona rano narzekała, że ją budziły w nocy.

San Francisco

Tego dnia wstaliśmy bardzo wcześnie rano. Mieliśmy w końcu dwa dni w San Francisco do upchnięcia w jeden. Po śniadaniu zajechaliśmy na stację benzynową naprzeciwko hotelu, zatankowaliśmy i ogarnęliśmy samochód. Po całej podróży z Los Angeles przez dwa parki narodowe w tej pogodzie samochód z zewnątrz i wewnątrz wyglądał kiepsko. Całe szczęście mieliśmy drobniaki na odkurzacz przy stacji. Wyczyściliśmy też fotele i inne pobrudzone plastiki, bo trochę się baliśmy, żeby wypożyczalnia nie naliczyła nam żadnej dodatkowej opłaty za mycie samochodu.

Po operacji "czysty samochód" musieliśmy się spieszyć do San Francisco, bo na 12:00 mieliśmy zabookowaną - jeszcze na długo przed wyjazdem - wycieczkę do Alcatraz. Nie wiedzieliśmy, na jakie warunki na drogach trafimy, a czekały nas około 2,5-3 h jazdy. Całe szczęście na drodze nie było tragedii, więc udało nam się jeszcze na wjeździe do San Francisco zajechać na szybko na Treasure Island, żeby zobaczyć widok na miasto od strony zatoki. Dosłownie 5 minutek postoju i pojechaliśmy dalej pod Pier 33, skąd odpływają promy do Alcatraz, szukać miejsca parkingowego.

Mieliśmy trochę wcześniej upatrzony parking przy molo 27. Niestety nie mogliśmy tam zaparkować, bo przy molo cumował wycieczkowiec i okazało się, że gdy w porcie jest duży statek, to ten parking jest zamknięty. Trochę pod presją czasu zaczęliśmy szukać już czegokolwiek i trafiliśmy na Metropolis Parking. Był dziwnie pustawy, ale naprawdę było już późno, więc pobiegłem szybko do parkometru uiścić opłatę i zrozumiałem, skąd te pustki - parking można było wykupić albo na kilka godzin za 20 USD, albo całą dobę za 40 USD. Trochę byłem w szoku, ale no trudno. Ważne, żeby zdążyć na prom - na który dotarliśmy na dosłownie kilka minut przed wypłynięciem.

Później popatrzyliśmy trochę na inne publiczne parkingi i w sumie ceny były chyba nawet gorsze - np. 5,99 USD za 30 minut. Nasz parking nagle wydał się wcale nie taki drogi 😅 Wiedzieliśmy, że San Francisco będzie drogie, ale nie sądziliśmy, że różnice w stosunku do np. Los Angeles będą aż tak duże.

Rejs do Alcatraz trwa około 10 minut i z łodzi można podziwiać ładny widok na właśnie Alcatraz, ale i na most Golden Gate oraz centrum miasta. Most Golden Gate, jak to na nasze szczęście, był cały za chmurami i pozostał już taki do późnego popołudnia. Przeczytaliśmy później, że to jest raczej standardowy widok - dzieje się tak z powodu mieszania się mas powietrza znad zatoki z masami powietrza znad oceanu, co sprzyja powstawaniu takiej długiej smugi, która często przecina właśnie most.

Figure 43. Most Golden Gate we mgle

Po przybiciu do brzegu cała grupa otrzymała krótki wstęp do samodzielnego zwiedzania wyspy od jednego z rangersów. Dowiedzieliśmy się tutaj o ciekawej historii Indian, którzy po zamknięciu więzienia przybyli na wyspę w 1969 roku, aby rozpocząć jej okupację w ramach protestu. Domagali się oni zwrotu wyspy dla natywnych mieszkańców Ameryki. Napisali duży napis na wieży ciśnień zlokalizowanej na wyspie - "Home of the free Indian land". Protest trwał 19 miesięcy. Napis został w późniejszym czasie zamalowany w trakcie odnawiania wieży, ale potomkowie Indian, którzy uczestniczyli w proteście, wrócili na wyspę i ponownie przywrócili napis, który jest widoczny do dzisiaj.

Figure 44. Wieża ciśnień w Alcatraz

Musimy szczerze przyznać, że samo Alcatraz nas trochę rozczarowało. Większość budynków na wyspie była zamknięta. Sama wyspa, z powodu okresu lęgowego ptaków, była cała pokryta ich odchodami. Sporo budynków było też zburzonych lub odgrodzonych, bo groziły zawaleniem. Tak naprawdę jedyny budynek wart odwiedzenia to był główny budynek więzienny, gdzie można pobrać darmowy audioprzewodnik. Ładny był też widok centrum miasta z okolic latarni morskiej. Niestety sama latarnia również była zamknięta. Na wyspie spędziliśmy 1,5h - i to tylko dlatego, że spóźniliśmy się parę minut na prom, który odpływał po godzinie.

Figure 45. Wnętrze głównego budynku Alcatraz
Figure 46. Cele w Alcatraz

Po powrocie z Alcatraz poszliśmy na spacer, żeby przejść się po wszystkich ważniejszych punktach na mapie miasta. Zaczęliśmy od Jack Early Park, skąd rozciąga się ładny widok na kierunek północny i północno-wschodni, gdzie widać właśnie Alcatraz, Treasure Island i most Oakland Bay Bridge, którym wjeżdżaliśmy rano do miasta. Z Jack Early Park poszliśmy do pobliskiej Coit Tower, aby podziwiać panoramę 360 stopni całego miasta z niemałej wysokości. Tutaj też już dała nam się odczuć słynna rzeźba terenu w San Francisco. Praktycznie cała droga z Pier 33 do Coit Tower była pod górę 😁 My uwielbiamy wspinać się na wieże widokowe w miastach i Coit Tower nas nie zawiodła. Super widok na całe miasto na każdą stronę. Z Coit Tower przeszliśmy się już tym razem trochę w dół ulicą Grant Avenue, robiąc później zygzak przez Green Street w dzielnicy włoskiej do ulicy Stockton Street.

Figure 47. Dzielnica włoska

Idąc wzdłuż tej ulicy doszliśmy po krótkiej chwili do najstarszego w USA Chinatown. Sceneria zmieniła się nie do poznania. Na ulicach nagle zrobiło się tłumnie i gwarno. Pełno bazarków i małych sklepików. Wszystkie szyldy w azjatyckich znakach. Coś niesamowitego. Jakbyśmy się teleportowali 😱 Naszym celem tutaj była Good Mong Kok Bakery - lokalna piekarnia specjalizująca się w pierożkach dim sum. W piekarni trochę ciężko było dogadać się po angielsku, więc wzięliśmy na migi 3 pudełka różnych mixów dim sumów na wynos, za które zapłaciliśmy śmieszne 10 dolarów, i poszliśmy do pobliskiego Portsmouth Square Park je zjeść. Park też jest urządzony w stylu dalekowschodnim, otoczony wysokimi wieżowcami, które jasno sugerują, że zbliżamy się już do centrum. Z parku widać też słynną piramidę Transamerica. W parku kilka dużych grupek Azjatów spotkało się na grę w karty. W takim klimacie spożyliśmy nasze dim sumy i ruszyliśmy dalej w drogę Stockton Street w kierunku Union Square.

Figure 48. Chinatown
Figure 49. Chinatown
Figure 50. Pierożki w Good Mong Kok Bakery

Union Square to centralny plac w centrum miasta, gdzie akurat były rozstawione stoły do gry w ping ponga, ogromna jenga, a ktoś puszczał przyjemną muzykę z radia. Zrobiliśmy sobie tam krótką przerwę na obserwację życia miejskiego i bawiących się ludzi. Stamtąd poszliśmy prosto na koniec ulicy Powell Street (skrzyżowanie z Market Street), gdzie znajduje się początkowy (i końcowy) przystanek słynnej kolejki linowej. Na końcu Powell Street znajduje się duża okrągła platforma, na której ręcznie zawracany jest wagonik kolejki. Jest to duża atrakcja turystyczna, więc było tam sporo osób. Większość z nich chciała się też kolejką przejechać, dlatego czekanie na naszą kolej zajęło nam około 30 minut i udało nam się załapać dopiero na drugi wagonik, ale za to w wagoniku trafiły nam się bardzo klimatyczne miejsca "na zewnątrz" kolejki. Staliśmy nogami na schodku i trzymaliśmy się pionowych rur, żeby nie wypaść 😊 Cała piesza trasa spod Pier 33 do przystanku kolejki na końcu Powell Street, nie licząc przerw, zajęła nam półtorej godziny.

Figure 51. Kolejka linowa

Kolejka linowa ma kilka tras. Nam się akurat trafił wagonik na dokładnie takiej trasie, jakiej chcieliśmy - wprost do Fisherman's Wharf. Z jakiegoś powodu nie było tam za dużo ludzi. Sklepiki były otwarte, ale w środku też za bardzo nikogo nie było. Przeszliśmy ulicą The Embarcadero z powrotem do samochodu, mijając najsłynniejsze molo numer 39. Też wyglądało na trochę wyludnione. Może byliśmy za późno? Postanowiliśmy sobie je odpuścić, bo było jeszcze sporo do zobaczenia tego dnia, a molo z kolejką górską i diabelskim młynem widzieliśmy już w Santa Monica.

Samochodem udaliśmy się najpierw na Lombard Street. Najpierw przejechaliśmy się ulicą z góry na dół, pozując do zdjęć ludziom robiącym zdjęcia na końcu ulicy, a potem się zatrzymaliśmy i dołączyliśmy do osób fotografujących ulicę.

Figure 52. Lombard Street

Następny punkt to wisienka na torcie i moja najbardziej wyczekiwana atrakcja w mieście - most Golden Gate. Most jest widoczny z naprawdę wielu lokalizacji w mieście, ale wiadomo, że najlepiej prezentuje się z bliska 😊 Na początek więc przejażdżka mostem, a zaraz za mostem zjazd na pierwszy punkt widokowy - Golden Gate Vista Point. Całe szczęście chmury przechodzące przez most się w większości rozeszły i mieliśmy bardzo ładny widok na most z miastem w tle.

Z Vista Point koniecznie trzeba pojechać na Golden Gate Observation Deck, a następnie na Golden Gate View Point, żeby zobaczyć most z innej perspektywy. Jednak najlepszy widok na most i miasto jest z Battery Spencer. Zachwycaliśmy się widokiem stamtąd dłuższą chwilę. Most i miasto wyglądają z tego punktu bajecznie.

Figure 53. Widok na most Golden Gate i San Francisco z Battery Spencer

Była już 19:30, więc już najwyższa pora na kolację. Oryginalnie jedzenie mieliśmy zaplanowane w tańszej dzielnicy Mission, słynącej z dobrego i taniego jedzenia oraz z alejki z muralami Clarion Alley. Niestety ponownie przekonaliśmy się, że naprawdę sporo miejscówek w Stanach jest otwartych do max 19:00-20:00. W Mission już prawie nic nie było otwarte i musieliśmy szukać jakichś innych opcji. Po chwili na Google Maps postanowiliśmy pojechać do dzielnicy Castro, gdzie ponoć zaczął się cały ruch LGBT. Był to bardzo fajny pomysł. Ulica Castro Street cała była w tęczowych flagach (włącznie z przejściami dla pieszych), a w lokalach z usługami i jedzeniem pełno było akcentów tematycznych. Na przykład salon paznokci "Handjob". Było też tutaj jeszcze sporo pootwieranych knajpek. Zmęczeni amerykańskimi fastfoodami i zachęceni sukcesem dim sumów z Chinatown poszliśmy do restauracji tajskiej i to też był wybór, którego nie żałowaliśmy.

To był już koniec atrakcji w San Francisco. Po kolacji pojechaliśmy prosto do hotelu. Tylko na tyle pozwolił nam czas. Ale nie żałujemy. Czujemy, że udało nam się zobaczyć naprawdę bardzo dużo rzeczy w te 10-11 h w mieście. Chyba dobrze, że się stało, że zdecydowaliśmy się zostać jeden dzień dłużej w Yosemite National Park. Jeszcze cały jeden dzień w San Francisco to raczej byłoby za długo. San Francisco, mimo krótkiego pobytu, zrobiło na nas lepsze wrażenie niż Los Angeles. Miało na pewno wyraźniejszy charakter, ze swoimi znacznie lepiej zarysowanymi społecznościami (np. w Chinatown czy w dzielnicy włoskiej) i unikalnymi atrakcjami jak kolejka linowa, Golden Gate czy nawet Alcatraz, który co prawda nie przypadł nam do gustu, ale klimatu odmówić mu nie można.

Figure 54. Flaga nad dzielnicą LGBT
Figure 55. Tęczowe przejście dla pieszych w dzielnicy LGBT
Figure 56. Salon paznokci w dzielnicy LGBT

San Francisco -> Williams

To miał być dzień głównie logistyczny. Naszym głównym zadaniem było przedostać się do miejscowości Williams, z której następnego dnia mieliśmy "atakować" Grand Canyon. Jedyne atrakcje po drodze to było spotkanie się z naszą znajomą z Minneapolis, która dołączała do nas na resztę podróży, oraz krótkie zwiedzanie tamy Hoovera i przejazd niedługim odcinkiem słynnej Route 66. Zrobiło się tego jednak trochę więcej.

Mimo to jest parę rzeczy, o których warto tutaj wspomnieć. Jedną z nich jest nasz hotel, w którym nocowaliśmy w San Francisco. To był najdroższy hotel ze wszystkich, jakie mieliśmy zarezerwowane na całe Stany, a zarazem najgorszy z nich. Hotelem tym był Samesun San Francisco i możemy z czystym sumieniem go odradzić każdemu. Nie było w nim za czysto, zdarzały się przerwy w dostawie prądu (!) i w tym czasie winda nie działała, a sam hotel, mimo że niewielki, to istny labirynt. Żeby przejść z drugiego piętra na pierwsze, trzeba było wyjść na ulicę i wejść do innej klatki schodowej. Najgorsze były jednak śniadania, na których jedzenie było serwowane w recepcji. Na śniadaniu były jedynie 3 rodzaje płatków śniadaniowych z mlekiem i nic więcej! Żeby móc zjeść, trzeba było znaleźć sobie miejsce przy jedynym stole, który mieścił tylko 6 osób. Oczywiście na śniadaniu było ponad 10 osób, więc reszta jadła albo na stojąco, albo na kanapie, trzymając talerz w rękach. W Stanach w hotelach naprawdę nie można liczyć na porządne śniadania, ale to była już przesada.

Niestety z hotelu na lotnisko wyjechaliśmy trochę spóźnieni. Całe szczęście okazało się, że nie było wcale dużych korków rano w San Francisco. Miejsce oddawania samochodów jest oddalone od lotniska, podobnie jak w LA, o całkiem porządny dystans. Tutaj jednak między lotniskiem a wypożyczalniami samochodów kursuje darmowy pociąg lotniskowy. Oddanie samochodu przebiegło super sprawnie. Po dojechaniu do garażu podążaliśmy za drogowskazami na Alamo i na miejscu czekała na nas już obsługa, która tylko zeskanowała z szyby kod samochodu i poinstruowała nas, że zrobiliśmy 1200 mil (wow!) i całe rozliczenie dostaniemy na maila – i to w zasadzie wszystko. Jedyną niespodzianką była kolczatka na wjeździe do garażu. Nie wiedzieliśmy, w jaki sposób ją schować. Myśleliśmy, że może jakiś czujnik nie zadziałał, jak przejeżdżaliśmy, więc się zatrzymaliśmy i wysiedliśmy z samochodu, próbując się zorientować, jak to działa. Na szczęście podjechała za nami sympatyczna pani, która oznajmiła nam, że kolce są tylko w jedną stronę (dla samochodów wyjeżdżających), a z tej strony, jak się na nie najedzie, to się same chowają. No cóż... zaufaliśmy i okazało się to być prawdą 😁

Dzięki temu, że wszystko poszło sprawnie, dotarliśmy pociągiem na lotnisko w sam punkt. Podczas nadawania bagaży rejestrowanych jedyna opcja nadania to było wydrukowanie etykiety z self-service kiosku. Na tych jednak brakowało opcji wydruku etykiet. Zrobiło się trochę zamieszania i ludzie z obsługi się poirytowali, że to oni muszą drukować i przyklejać etykiety. Podziękowali nam ostentacyjnym rzuceniem naszych bagaży na taśmę. Doświadczenia z Southwest Airlines też nie wrzucimy do kolumny z przyjemnymi. Pierwszy raz też lecieliśmy samolotem bez uprzednio przydzielonych miejsc. Na boardingu obowiązywała zasada: kto pierwszy, ten lepszy – przy czym kiepsko dla nas, bo na bilecie mieliśmy wydrukowaną grupę 5, a więc chyba ostatnią. Udało nam się jednak zająć dwa ostatnie wolne miejsca koło siebie na samym końcu samolotu. Przy podchodzeniu do lądowania w Las Vegas złapaliśmy całkiem niezłe turbulencje. Pierwszy raz widziałem, jak w samolocie ktoś krzyczy z powodu turbulencji. Mi się nawet podobało, trochę jak w wesołym miasteczku 😁 Ale po oklaskach dla pilota po wylądowaniu widać było, że sporo ludzi było w stresie. Potem się dowiedzieliśmy, że w Las Vegas to się często zdarza z powodu jakichś specyficznych ruchów powietrza nad pustynią.

Praktycznie od wyjścia z samolotu na lotnisku przywitały nas kolorowe automaty hazardowe różnego typu. Od razu było widać, gdzie wylądowaliśmy 😎 Terminal nie był zbyt duży, więc szybko udało się odebrać bagaże rejestrowane i dzięki świetnemu timingowi po chwili witaliśmy się już z naszą znajomą, która dołączyła do nas na resztę wycieczki i której samolot z Minneapolis przyleciał 15 minut po naszym.

Na lotnisku w Las Vegas, podobnie jak na innych lotniskach w USA do tej pory, car rentalsy nie znajdowały się na lotnisku. Żeby się tam dostać, wzięliśmy shuttle busa spod terminala, który za darmo przewiózł naszą trójkę do wypożyczalni. Alamo na lotnisku w Las Vegas oferuje do wypożyczenia SUV-y AWD i 4x4 – i właśnie taki mieliśmy zarezerwowany. Napęd na cztery koła bierzemy dla spokoju na szutrowe drogi Monument Valley.

W tym momencie od naszej znajomej padło w naszym kierunku kilka niewygodnych pytań. Okazało się, że przez ten cały czas, który do tej pory spędziliśmy w Stanach, nie udało nam się jeszcze zajść do kilku istotnych amerykańskich fast foodów. Jako że wszyscy byliśmy głodni po podróży, postanowiliśmy zrobić małą rundkę po sieciówkach 😊 Na pierwszy ogień poszło Wendy's, gdzie zostaliśmy nauczeni jeść frytki po amerykańsku, czyli... maczając je w milkshake'u... No cóż... Musimy przyznać, że nie smakowało to źle 😅 Ale chyba zostaniemy przy klasycznym sposobie jedzenia frytek. Po wytrawnym czas na słodkie, a więc zostaliśmy zabrani do pączkarni Krispy Kreme, gdzie za szybą można było podziwiać dużą i długą maszynę wyrabiającą pączki od A do Z. Od ciasta do gotowego produktu. Sieciówka oferuje dużo różnych rodzajów do wyboru – od typowych amerykańskich z dziurką po podobne do polskich z nadzieniem w środku. Ciasto było dużo bardziej miękkie i sprężyste niż w polskich pączkach. Nie było też aż takie gęste. Ale ogólnie te pączki, które spróbowaliśmy, bardzo nam smakowały. Na koniec zostało czymś to wszystko popić, czyli nasz pierwszy raz z boba. Jest to pewien rodzaj sprzedawanej u nas bubble tea. Nie jestem do końca pewny, jaka jest różnica. Tutaj zostaliśmy mega miło zaskoczeni. Moja boba matcha premium była przepyszna i wcale nie chcę wiedzieć, ile miała kalorii 🙈

Z pełnymi brzuchami mogliśmy wreszcie wyruszyć w drogę do Williams. Po drodze jedyny zaplanowany przystanek to była zapora Hoovera. Nie jest to atrakcja, która zabiera dużo czasu. Zaczęliśmy od punktu widokowego na jezioro Mead. Stamtąd, przez Hoover Dam Security Check Point, dojechaliśmy na parking przy Mike O'Callaghan–Pat Tillman Memorial Bridge Plaza. Stąd prowadzi chodnik, którym wejdziemy na most nad rzeką Kolorado i staniemy twarzą w twarz naprzeciwko tamy. Jest wietrznie i wysoko, ale tamę widać w całej okazałości.

Figure 57. Hoover Dam

Po powrocie do samochodu przejechaliśmy drogą przez całą tamę i zatrzymaliśmy się na parkingu przy Hoover Dam Lookout, skąd można podziwiać tamę od tyłu. Bardzo ładne widoki, a tama robi wrażenie.

Jak wrócicie już na główny highway w kierunku Williams, to zaraz za mostem nad rzeką Kolorado po prawej stronie będziecie mijać znak Welcome to Arizona. Nasz pierwszy znak przekraczania granicy stanu samochodem w USA 😊

Resztę drogi spędziliśmy na nadrabianiu zaległości z naszą znajomą, więc podróż minęła szybko. Zaczęła się już teraz robić pora kolacyjna, więc zapadła decyzja o posiłku w Kingman. Niestety po jedzeniu było już ciemno, dlatego zdecydowaliśmy się odpuścić sobie planowany odcinek Route 66 z Kingman do Seligman. Kontynuowaliśmy dalej główną drogą numer 40 aż do Williams, gdzie dojechaliśmy około godziny 22.

Grand Canyon

Dzień zaczęliśmy od tankowania na pobliskim Circle K przy ulicy "West Route 66". Super miłą niespodzianką był mural Route 66 przy stacji benzynowej, z którym porobiliśmy sobie kilka zdjęć na pocieszenie, że musieliśmy dzień prędzej zrezygnować z przejażdżki nawet krótkim odcinkiem tej drogi. Na tej ulicy dodatkowo było pełno stylizowanych na dawne czasy sklepów z pamiątkami. Niestety rano wszystko było jeszcze zamknięte. Żałowaliśmy, że nie mieliśmy wczoraj czasu się tutaj przespacerować.

Po tankowaniu ruszyliśmy w godzinną trasę do Grand Canyon. Po drodze, dopiero tutaj, natrafiliśmy na pierwszy patrol policji na drodze pozamiejskiej, który łapał samochody przekraczające prędkość. Zwiedzanie Grand Canyonu zaczęliśmy od najbardziej obleganej przez turystów części przy Grand Canyon Visitor Center i punktu widokowego Mather Point.

Figure 58. Mapa Grand Canyon

W tym miejscu ponownie polecę oficjalną stronę parku narodowego. Zawsze warto przed wizytą sprawdzić wszystkie oficjalne komunikaty i ostrzeżenia. My akurat mieliśmy szczęście i żadnych alertów nie było, ale już na przykład jak piszę ten artykuł (początek lipca), na stronie są ostrzeżenia o upałach (43°C) i w związku z tym pozamykanych niektórych atrakcjach oraz o restrykcjach w dostępie do wody z powodu awarii pomp.

Zostawiliśmy samochód na jednym z kilku dużych parkingów właśnie przy Grand Canyon Visitor Center i poszliśmy pieszo na pierwszy punkt widokowy – Mather Point. No i co tu dużo mówić... Grand Canyon jest po prostu grand... Ale i to słowo nie oddaje jego ogromu. To trzeba po prostu zobaczyć na własne oczy, bo naprawdę tego nie da się opisać słowami i nie jest to tylko pusty frazes, autentycznie brak słów. Percepcję jeszcze bardziej zaburzał helikopter latający w dole Grand Canyonu, który był dobre kilometry od nas... pod nami i był (z racji odległości) maciupki. Mózg sobie z tym nie radzi 😁

Figure 59. Grand Canyon

Z Mather Point przeszliśmy pieszo do Yavapai Point. Jest to około 2,5 km, ale z racji ilości zdjęć i postojów na widoki nam zajęło to 1,5h. Z Yavapai Point wzięliśmy darmowy shuttle bus (linia żółta) i pojechaliśmy na krótki trekking na South Kaibab Trailhead. Plan darmowej komunikacji autobusowej można znaleźć na tej oficjalnej stronie. Generalnie linia żółta kursuje w pobliżu Grand Canyon Visitor Center. Linia niebieska kursuje pomiędzy Grand Canyon Village a Grand Canyon Visitor Center. Linia czerwona obwozi turystów wzdłuż grani po punktach widokowych od Grand Canyon Village do Hermit's Rest, gdzie zawraca z powrotem do Grand Canyon Village. Uwaga, bo w drodze powrotnej linia czerwona zatrzymuje się tylko na niektórych punktach widokowych.

Nasz trekking zaczęliśmy właśnie od South Kaibab Trailhead. Celem był Ooh Aah Point. Muszę przyznać, że był to świetny wybór, bo wzdłuż szlaku można podziwiać widoki z zupełnie innej perspektywy niż tylko ze szczytu kanionu, a sam Ooh Ahh Point zapewnia całkiem panoramiczny, zapierający dech w piersiach widok. Sama trasa zajmuje około 1h 15min w dwie strony i jest całkiem łatwa, ale dalej wymaga pokonania 190m wzniesienia w drodze powrotnej.

Po powrocie na górę ponownie wzięliśmy busa linii pomarańczowej pod Visitor Center, skąd wzięliśmy samochód i pojechaliśmy do części Grand Canyon Village. Po wiosce można sobie pochodzić i pozwiedzać muzea. Nam się spieszyło zobaczyć jak najwięcej widoków, więc od razu poszliśmy na przystanek linii czerwonej i pozwoliliśmy się zabrać na kilka z punktów widokowych wzdłuż trasy. Wybieraliśmy je na bieżąco i jak dobrze pamiętam, wybór padł na Hopi Point i Pima Point oraz Hermit's Rest, gdzie znajduje się sklepik i można nawet kupić ciepłą kanapkę. Staraliśmy się nie robić zbyt długich postojów, bo czekało na nas jeszcze mnóstwo widoków po drodze do hotelu w Kayenta, bo Grand Canyon oczywiście nie ogranicza się tylko do obszaru z Visitor Center i Village.

Już samochodem odwiedziliśmy takie punkty widokowe jak Duck on a Rock Viewpoint (gdzie próbowaliśmy zwizualizować sobie tę kaczkę z kamieni 😂), Grandview Point, Moran Point i Desert View Point, gdzie można wspiąć się na starą wieżę Desert View Watchtower. My niestety się na wieżę spóźniliśmy. Spóźniliśmy się też na ostatni punkt widokowy Little Colorado River Gorge Overlook, który leży na terenie rezerwatu Indian i za wstęp na który trzeba uiścić symboliczną opłatę.

Tutaj uwaga: nie jestem do końca pewny jak to działa, ale wygląda na to, że miejscowości położone na terenach przynależących do rezerwatu są w strefie czasowej stanu Utah (np. miejscowość Kayenta), mimo że ciągle są w stanie Arizona. Ale na przykład już miasto Page, które leży na granicy stanów Utah, Arizona i rezerwatu, jest w strefie czasowej stanu Arizona. Nie byliśmy tego świadomi i nagle zrobiło nam się godzinę później. Ciężko było już znaleźć po 19:00 otwartą restaurację i kolację jedliśmy w raczej kiepskiej pizzerii Pizza Edge w Tuba City.

Do Kayenta dojechaliśmy późno, więc od razu poszliśmy spać, regenerując się przed jutrzejszym dniem z mocno napiętym grafikiem.

Monument Valley, Antelope Canyon, Horseshoe Bend

Ten dzień był zdecydowanie jednym z najlepszych, jeżeli nie najlepszym dniem całego wyjazdu. Napakowany atrakcjami z miłym zakończeniem i niespodzianką po drodze. Ale właśnie z racji napakowania atrakcji musieliśmy wstać wcześnie rano. Plan był taki, aby być już na loopie w Monument Valley najpóźniej o 10:00 rano. Udało nam się to prawie idealnie.

Niestety z niewiadomego powodu oznaczenia Monument Valley na mapach Google są kiepskie. Aby znaleźć wjazd na mapie, należy szukać "Tribal Park". Główny Visitor Center znajduje się w tej lokalizacji. Żeby się tutaj dostać, należy w budce przy wjeździe opłacić wstęp na teren parku. Ten teren należy do Indian z plemienia Navajo, więc karta America the Beautiful tutaj nie działa. Start pętli po Monument Valley jest w tym miejscu i jest on wolny od opłat. Jeżeli jesteśmy już na terenie parku, możemy po prostu wjechać na pętlę i podziwiać krajobrazy. Droga jest nieutwardzona, ale nie jest to jakiś bardzo drobny piach, raczej żwir i – nie licząc wjazdu na pętlę – jest płasko, więc samochody z napędem na jedną oś raczej nie będą miały problemu z poruszaniem się tutaj, ale my dla bezpieczeństwa wynajęliśmy z Las Vegas w Alamo samochód AWD. Czułem się dzięki temu trochę pewniej wyjeżdżając z pętli pod górę, gdzie akurat jest piaskowo a nie żwirowo.

Sama pętla nie jest do końca pętlą, bo kółko zaczyna się dopiero po około 20 minutach jazdy w tym miejscu i dodatkowo w okolicach Spearhead Mesa się rozwidla i można wybrać dłuższą lub krótszą trasę. My z racji napiętego planu wybraliśmy krótsze kółko, które zajęło nam dokładnie 1,5h z zatrzymywaniem się na zdjęcia i podziwianiem widoków. Na pętli co jakiś czas porobione są mini parkingi, aby się zatrzymać na podziwianie widoków. Na każdym takim parkingu swoje stragany mają Indianie i sprzedają na nich swoje wyroby.

Figure 60. Monument Valley
Figure 61. Monument Valley

Z Monument Valley wyjechaliśmy w dwugodzinną drogę do Antelope Canyon. Kaniony Antylopy są dwa – Upper i Lower – i na oba mieliśmy rezerwację. Pierwszy był Upper na 13:20, a Lower na 15:30. Tutaj obowiązuje już czas stanu Arizona, więc mamy godzinę więcej na dojazd i dzięki temu zdążamy na czas. Oba te kaniony, podobnie jak Monument Valley, leżą na terenie należącym do Indian, więc również trzeba zapłacić tutaj osobno za wejściówkę na teren rezerwatu i dodatkowo do kanionów można wejść jedynie z przewodnikiem. Jest tylko kilka firm (na chwilę pisania artykułu – osiem), które oferują zwiedzanie kanionów i ich rozpiskę można znaleźć tutaj. Jeżeli chcemy znaleźć jakiś sensowny termin z dobrym światłem w kanionie, to rezerwacja z minimum kilkumiesięcznym wyprzedzeniem jest koniecznością.

W punkcie zbiórki do kanionu trzeba być pół godziny prędzej, bo zostaniemy przydzieleni do przewodnika i jeepa, który w tumanach kurzu zabierze nas do kanionu. Górny kanion słynny jest ze zjawiska zwanego light beams, czyli promieni słońca, które wpadając do kanionu przez wąskie szczeliny formują wiązki światła. Okno czasowe tutaj jest bardzo krótkie. Słońce musi być blisko zenitu i nasza grupa o 13:20 już jest niestety za późno na podziwianie tego zjawiska. Ale mimo to sam kanion robi wrażenie. Niestety mimo przewodników i podziału na grupy, ludzi w środku jest pełno, a grupy dzieli zaledwie kilkanaście metrów i nie ma najmniejszych szans na zrobienie sobie zdjęcia w pojedynkę. Dodatkowo sam kanion jest bardzo krótki – ma zaledwie niecałe 200m.

Figure 62. Upper Antelope Canyon
Figure 63. Upper Antelope Canyon

Drugi kanion znajduje się praktycznie po drugiej stronie głównej drogi, dosłownie kilka minut samochodem. Tam, spod miejsca zbiórki do kanionu, idzie się już pieszo, a do samego kanionu w głąb prowadzą specjalne schody. Tutaj organizacja jest już znacznie lepsza. Grupy są trochę większe, ale również i odległości między grupami na tyle, że innych grup w kanionie praktycznie nie było widać. Przewodnicy byli też bardziej wyluzowani i nie poganiali jak w Upper Canyon, więc był czas żeby spokojnie porobić sobie zdjęcia. Ten kanion jest zdecydowanie dłuższy – ma około 400m i naszym zdaniem jeszcze bardziej spektakularny. Rozmawialiśmy też z parą z naszej grupy, która tego samego dnia była w Upper Canyon, gdy były jeszcze light beams, i mówili, że mimo to Lower Canyon im się podoba dużo bardziej. No i z jakiegoś powodu wejściówka do tego kanionu też jest dużo tańsza.

Figure 64. Lower Antelope Canyon
Figure 65. Lower Antelope Canyon

Moim zdaniem, jak nie dacie rady dostać biletów na light beams do Upper Canyon, to chyba nie ma sensu tam iść i lepiej pójść tylko do Lower Canyon, a za zaoszczędzony czas i pieniądze znaleźć jakąś inną dodatkową atrakcję w okolicach Page lub zostać dłużej w Monument Valley, lub spróbować skalkulować, czy wystarczy czasu aby dostać się na punkt widokowy do Goosenecks State Park, zahaczając po drodze o słynny filmowy Forrest Gump Point.

Z kanionów pojechaliśmy prosto na Horseshoe Bend. Tutaj bardzo mocno się zdziwiliśmy, bo okazało się, że wjazd na parking jest płatny i to aż 30 dolarów od samochodu. Trochę się zszokowaliśmy, że żeby zobaczyć jeden zakręt rzeki trzeba zapłacić aż 120 złotych w przeliczeniu. No ale trudno, widok zdecydowanie wart był 40zł na głowę 😁 Do tarasu widokowego z parkingu wiedzie nieutwardzona, ale płaska i krótka droga o długości równo 1km. Nam na całą atrakcję z dojściem, zdjęciami i podziwianiem widoku zeszło 50 minut. Jedyne co warto mieć na uwadze, to że o tej godzinie (my byliśmy dopiero o 18:00) już dosyć znaczący kawałek klifów i pojedyncze fragmenty rzeki są w cieniu. Widok w dalszym ciągu był fenomenalny, ale im bliżej południa tym na pewno ładniejsze zdjęcia wyjdą! Nasze wyszło tak:

Figure 66. Horseshoe Bend

Po Horseshoe Bend byliśmy już mocno zmęczeni, ale udało mi się namówić jeszcze ekipę na jeden króciutki spacerek na taras widokowy na tamę "Glen Canyon Dam Overlook". Umówiliśmy się na szybką akcję, jednak okazało się, że swoje w dół (a potem w górę żeby wrócić) też trzeba jednak przejść 😅 Też nie byłem tego świadom, myślałem, że taras widokowy jest zaraz przy parkingu. Nie włączyłem nawet aktywności na Garminie, więc nie mam dokładnych statystyk, ale wydaje mi się, że z około 5 minut drogi w jedną stronę, po miejscami wyślizganych kamieniach było. Po całym dniu i całym wyjeździe pamiętam, że już się nogą mocno nawet tych 5 minut nie chciało iść. Na szczęście widok na tamę i na kolejny meander rzeki Kolorado był bardzo ładny i zrekompensował nam nasz ostatni wysiłek tego dnia.

Figure 67. Widok na Glen Canyon Dam

Po dotarciu na parking okazało się, że właśnie rozpoczęła się na nim sesja zdjęciowa klasyków amerykańskiej motoryzacji, więc poświęciliśmy jeszcze kilka minut na obejrzenie przejazdu kilku z nich.

Figure 68. Jeden z klasyków

Dzień zakończyliśmy jak najbardziej zasłużoną, ogromną kolacją w jednej z meksykańskich restauracji. Zdecydowaliśmy się na El Tapatio i był to strzał w dziesiątkę. Jedzenie było pyszne, porcje zdecydowanie uzupełniły nasz ubytek kaloryczny z tego dnia z nawiązką, a litrowe margarity z piwem pozwoliły zapomnieć o obolałych nogach. Polecamy! 😎

Zion National Park i pierwszy wieczór w Las Vegas

Naszedł smutny dzień rozstania z naszą przyjaciółką z Minnesoty. W dodatku czekała nas kilkugodzinna podróż z Page do Las Vegas, gdzie odstawialiśmy przyjaciółkę na lotnisko, a sami zostawaliśmy jeszcze na dwie noce, żeby zwolnić i spróbować poczuć imprezowy klimat. Nie bylibyśmy jednak sobą, gdybyśmy tak po prostu wybrali się w 4-godzinną trasę bez zobaczenia niczego po drodze. Samolot był dopiero o 18:00, więc zdecydowaliśmy, że jak wstaniemy wcześnie rano, to będziemy mieli wystarczająco dużo czasu, żeby zrobić d-tour przez... Zion National Park!

Figure 69. Mapa Zion National Park

Jazda przez Zion National Park dodaje do trasy tylko około 30 minut, ale za to można podziwiać niesamowite widoki, przejeżdżając przez cały park za wyjątkiem obszaru dostępnego tylko parkowym shuttle busem. Poza tym odcinkiem można swobodnie przejechać przez park ze wschodu na zachód drogą parkową. Wjazd na drogę parkową jest oczywiście płatny, bo wjeżdżamy na teren parku narodowego, ale uzbrojeni w pass America the Beautiful mogliśmy zrobić to za darmo 🤑

W Zion National Park zaplanowaliśmy też jeden krótki hike. W pobliżu drogi znajduje się Pine Creek Canyon Overlook, do którego prowadzi jedynie 1-kilometrowy Canyon Overlook Trail. Całą ścieżkę udało nam się pokonać w 40 minut tam i z powrotem łącznie, a w nagrodę dostaliśmy przepiękny widok na kanion Pine Creek, po którym biegnie kilkoma serpentynami dalszy ciąg drogi parkowej.

Figure 70. Widok z Canyon Overlook w Zion National Park

Żeby móc dostać się na szlak, trzeba mieć jednak bardzo dużo szczęścia. Przy wejściu na szlak, na wąskiej i ruchliwej drodze, są tylko dwa parkingi. Jeden bezpośrednio przy wejściu, który mieści tylko 9 samochodów, i drugi kawałek dalej, który mieści tylko 10 samochodów. Jak przyjechaliśmy na miejsce, to oba parkingi były pełne, a przy wejściu na szlak w budce stał ranger parkowy, więc nie chcieliśmy ryzykować zostawienia samochodu byle jak. Ustawiliśmy się na pierwszym parkingu na polu wyłączonym z ruchu i po prostu czekaliśmy aż ktoś wyjedzie. Mieliśmy niezłego farta, bo po jakiś 5 minutach jedna para zeszła ze szlaku i zrobiła nam miejsce.

Po trekingu ruszyliśmy już w stronę lotniska, wspominając wszystkie nasze przeżycia z ostatnich dni. Po drodze coś nas tknęło, żeby sprawdzić kartę z wypożyczeniem samochodu. Okazało się, że wypożyczenie zrobiliśmy tylko do godziny 14:00, bo tak by nam się zaczęła następna doba wypożyczenia. Było jasne, że nie damy rady oddać samochodu na czas, więc zadzwoniliśmy do Alamo i okazało się, że za każdą dodatkową godzinę ponad zadeklarowany czas oddania będą nam naliczać dodatkową opłatę. Szybko policzyliśmy, że bardziej opłacało nam się po prostu przedłużyć wypożyczenie o kolejną dobę za niecałe 100 dolarów.

Przed lotniskiem mieliśmy jeszcze chwilę, żeby wrzucić coś na ząb. Nie jesteśmy w stanie powiedzieć dlaczego dopiero prawie na sam koniec podróży, ale postanowiliśmy w końcu zjeść w prawdziwym amerykańskim dinerze. Niestety ciężko było już coś znaleźć o tej godzinie - większość była otwarta do 14:00, ale niektóre zamykają się już nawet o 12:30. Nie chcieliśmy jeść w sieciówce ani w niczym z kiepską oceną, więc zostało nam trochę zjechać z drogi. Do godziny 16:00 otwarta była Omelet House 50's Diner z prawdziwą szafą grającą (niestety nie działającą) i jednym ze stołów stylizowanych na chevroleta z lat 50-tych. Super klimat! Jedzenie też nie było jakoś wyjątkowo drogie w porównaniu z innymi miejscami w Stanach, za to jakość jedzenia była bardzo przyzwoita! Żałowaliśmy, że odkryliśmy dinery tak późno!

Figure 71. Szafa grająca w Omelet House 50's Diner
Figure 72. Jedzenie w Omelet House 50's Diner

Po obiedzie, już na lotnisku, pożegnaliśmy się z naszą przyjaciółką i pojechaliśmy na Las Vegas Strip, czyli główną część miasta ze słynnymi hotelami, barami i restauracjami. Zrobiliśmy rundkę samochodem tam i z powrotem i zatrzymaliśmy się przy słynnym napisie "Welcome to Fabulous Las Vegas Nevada". Do zdjęcia "sam na sam z napisem" stała dosyć długa kolejka, więc zadowoliliśmy się zdjęciem napisu i selfie z kilkoma osobami w tle. Po napisie pojechaliśmy zameldować się w hotelu.

Figure 73. Napis Welcome To Fabulous Las Vegas

Na nasz pobyt w Las Vegas zarezerwowaliśmy sobie pokój w hotelu New York-New York, stylizowanym na nowojorską metropolię z wysokimi prostokątnymi drapaczami chmur, statuą wolności i... kolejką górską. Check in do hotelu zrobiliśmy online. W takim wypadku zostało nam tylko zaprogramowanie sobie karty przy jednym z kilku self-service kiosków w lobby. Proste i szybkie. Raz dwa i mieliśmy kartę. Przeszliśmy za lobby do głównej części hotelu z kasynem i... przeżyliśmy swoje pierwsze (z kilku) rozczarowań. Ogromny teren kasyna w większości zajmowały elektroniczne automaty do gier, mrygające kolorowymi światełkami i wydające różne nieprzyjemne dźwięki. Ludzie przy nich siedzieli jednym okiem w automacie, drugim w telefonie, a wszystko zapijali drinkiem albo okopcali dymem z papierosa. Palących było sporo, przez co czuć było wyraźnie nieprzyjemny papierosowy dym. Nie jesteśmy palaczami, a dym nas mocno drażni, więc szybko stamtąd uciekliśmy do windy. Windą jechaliśmy z rozbawionym już mocno wstawionym młodym towarzystwem z drinkami w rękach 😎 Na naszym 25. piętrze też już odbywało się kilka biforków przy otwartych drzwiach pokojowych. Z naszego pokoju mieliśmy świetny widok na całe lotnisko i na The Strip. Pod naszym oknem jeździł też hotelowy rollercoaster z krzyczącymi ludźmi, co na początku wydawało się świetną atrakcją, ale późnym wieczorem już po jakimś czasie zaczynało irytować.

Odświeżyliśmy się i przebraliśmy w pokoju i poszliśmy wreszcie zwiedzić The Strip w drodze na zarezerwowany spektakl burleski z Ditą Von Teese w hotelu The Venetian! Okazało się, że główna ulica to taki trochę mini labirynt. Nie zawsze przejście na drugą stronę ulicy jest na poziomie ulicy. Czasami trzeba chwilę poszukać wejścia na kładkę na poziom wyżej. Wejście rzadko, ale czasami znajduje się tylko w pobliskiej galerii handlowej albo kasynie, żeby spróbować przyciągnąć wzrok turysty wystawą sklepową. Okazało się, że przejście Stripa, z racji tłumów i mini labiryntu przejść przez ulicę, nie jest wcale szybkie i zaczęliśmy się martwić czy zdążymy na spektakl na czas. Minęliśmy szybko kolorowy spektakl fontanny pod hotelem Bellagio, wieżę Eiffla pod hotelem Paris, miniaturę Koloseum pod Caesars Palace, tylko po to by zgubić się między imitacją weneckich kanałów z gondolami i gondolierami w The Venetian. Ostatecznie dotarliśmy do teatru/klubu Voltaire kwadrans przed czasem, także była jeszcze chwila na toaletę i zamówienie wyśmienitego drinka do spektaklu (serio, polecam, drinki w Voltaire są niesamowite). Sala w Voltaire wygląda niesamowicie, a samo show było na naprawdę najwyższym poziomie. To było dobre rozpoczęcie pobytu w Las Vegas.

Wracając do hotelu późnym wieczorem przez praktycznie całe The Strip mijaliśmy mnóstwo już dosyć mocno pijanych ludzi, ale zwróciliśmy uwagę na jedną rzecz - nigdzie nie widzieliśmy żadnego klubu tanecznego. Wszyscy siedzieli i bawili się (pili) w restauracjach i barach, a na ulicach było słychać tylko pytania "gdzie idziemy pić dalej?". Spodziewałem się bardziej klubowej atmosfery, muzyki dochodzącej z kilku miejsc jednocześnie i jakichś większych imprez. Okazało się, że większość grupek idzie tutaj jednak wieczorem do baru napić się do upadłego i wrócić do hotelu. Kolejne rozczarowanie...

Drugi dzień w Las Vegas

Na ten dzień kompletnie nie mieliśmy żadnego planu - miał być 100% spontan. Jedyny konkretny punkt to był zwrot samochodu do 14:00. Stwierdziliśmy, że zjemy gdzieś śniadanie i od razu pojedziemy oddać samochód, żeby mieć już to z głowy i móc spokojnie chodzić po Stripie. Zauroczeni wczorajszym dinerem postanowiliśmy wykorzystać jeszcze samochód i pojechać do najlepiej ocenianego dineru w mieście. Z kilku kandydatów wybraliśmy chyba najlepiej jak mogliśmy, bo pojechaliśmy do Vickie's Diner. W drzwiach przywitała nas miła Pani i poinformowała, że restauracja jest pełna, więc musimy chwilę poczekać na miejsce. Powiedzieliśmy, że nie ma problemu i... rzuciliśmy się na, tym razem działającą, starą autentyczną szafę grającą 😁 Można było sobie przerzucać utwory na płytach za darmo. Ale mieliśmy fun. Zwracaliśmy na siebie trochę uwagi, więc miła Pani z obsługi podeszła z nami porozmawiać i wypytać skąd jesteśmy. Okazało się, że ona to Vickie, właścicielka lokalu, jest Greczynką, która przyjechała do Stanów kilkanaście lat temu i właśnie po przyjeździe założyła ten diner. Prowadzi go już tyle lat i widać było, że lubi to co robi, i mimo upływu czasu nadal sprawia jej to przyjemność.

Jedzenie w Vickie's Diner było mega smaczne. Zamówiliśmy taką górę jedzenia, że nie mam pojęcia jak to wszystko zmieściliśmy w siebie. Dostaliśmy też wreszcie solidną porcję warzyw, o które tak trudno w Stanach! No i nie zapominajmy o wizytówce dinerów - nielimitowanych refillach kawy. Wypiłem trzy kubki 😂 Całe szczęście kawa nie jest w dinerach aż taka mocna, więc mimo że normalnie rzadko pijam kawę, to i tak mogłem zupełnie normalnie funkcjonować po tych trzech kubkach. Zdecydowanie polecamy ten lokal!

Po śniadaniu pojechaliśmy oddać samochód. Tutaj też, już chyba standardowo dla Stanów, wypożyczalnie samochodów są z dala od lotniska. Tutaj około 10 minut samochodem. Samochód w Alamo oddaliśmy ponownie bez żadnych problemów i bardzo sprawnie. Zostaliśmy poinformowani, że samochodem zrobiliśmy 900 mil, co łącznie z dwóch wypożyczeń daje nam 2100 mil (3380 km) zrobionych po 4 stanach! 💪 Z powodu odległości od centrum i tego, że była niedziela, to mieliśmy problemy z powrotem na Strip. Musieliśmy najpierw wziąć shuttle busa na jakikolwiek terminal i stamtąd łapać autobus miejski na Strip. Niestety trochę to trwało, a zanim wróciliśmy na główną ulicę, to zdążyła się już popsuć pogoda i zaczęło... padać. W Las Vegas pada tylko 26 dni w roku, głównie w lipcu, ale to nie był nasz pierwszy raz na pustyni z obfitymi opadami deszczu. Niestety padało już do końca naszego pobytu, a następny dzień był pod tym względem nawet gorszy.

Na Stripie udało nam się znaleźć miejsce w restauracji koło wieży Eiffla z widokiem na fontannę Bellagio. Zamówiliśmy przystawkę i napoje i oglądając spektakl fontanny obmyśliliśmy plan, że pojedziemy autobusem miejskim na tzw. stare Vegas, czyli na ulicę Fremont, gdzie historycznie Las Vegas powstało i powstało też pierwsze kasyno w mieście. Aktualnie nad ulicą Fremont zamontowany jest wielki ekran, który robi za dach i wyświetla animacje. Nad Fremont można przejechać się też tyrolką. Na ulicy jest pełno knajpek i sklepów z pamiątkami. Generalnie klimat jest trochę inny niż na Stripie. Jest trochę spokojniej, nie licząc wspomnianego ekranu nad połową długości ulicy nie panuje tutaj taka megalomania. Są też wreszcie kluby muzyczne! A kawałek dalej jest fajny, familijny, spokojny food hall Downtown Container Park. Kolację zjedliśmy w Le Thai. Jedzenie było bardzo dobre.

Po kolacji zaczęło się już robić ciemno, więc stwierdziliśmy, że to najlepsza pora, żeby zobaczyć muzeum neonów. Muzeum oddalone jest tylko 15 minut piechotą od Fremont, więc poszliśmy spacerem. Musimy przyznać, że to jednak nie była najlepsza decyzja. Wystarczyło oddalić się już jedną przecznicę od głównej ulicy, a na przystanku ktoś załatwiał swoją potrzebę fizjologiczną... Kolejną przecznicę dalej na skrzyżowaniu stał około 20-letni chłopak ze spodniami spuszczonymi do kolan i chyba nie do końca kojarzący gdzie się aktualnie znajduje i co robi...

Muzeum jest bardzo fajną atrakcją. Niektóre neony są naprawdę bardzo stare. Niektóre są bardzo duże. Ogólnie robi wrażenie i oglądało się fajnie. Jednak sama wystawa nie jest dosyć duża. Przejście wszystkiego dookoła zajęło nam około 15 minut. Ale to właśnie tutaj z opisów neonów dowiedzieliśmy się, że Las Vegas powstało w rejonie ulicy Fremont raptem w 1905 roku jako miasteczko obsługujące ruch kolejowy.

Z muzeum nie chcieliśmy wracać ponownie pieszo, więc skoro i tak już zamawialiśmy Ubera, to postanowiliśmy zakończyć na tym dzień i wróciliśmy odpocząć do hotelu.

Figure 74. Ogromna gitara w muzeum neonów

Ostatni dzień w Las Vegas i powrót do domu

To już czas, aby pożegnać Stany Zjednoczone Ameryki i rozpocząć podróż powrotną do domu. Samolot mieliśmy dopiero wieczorem, więc mieliśmy jeszcze trochę czasu do wykorzystania. Nie graliśmy jeszcze przecież w kasynie w ruletkę! Jednak dzień trzeba zacząć od śniadania, więc spakowaliśmy się rano, zanieśliśmy walizki do przechowalni na recepcji, oddaliśmy pokój i... ruszyliśmy do dineru 😂 Nie byliśmy już zmotoryzowani, więc zostały jedynie opcje sieciówkowe przy Stripie. A w zasadzie masa lokali jednej sieci - Denny's. Poszliśmy do najbliższego na Stripie przy MGM Grand, ale kolejka do lokalu wyglądała jak z godzina czekania. Pewnie tak samo wyglądały wszystkie inne Denny'sy przy Stripie, więc postanowiliśmy pójść do jednego, który był z MGM Grandem przy końcowym przystanku kolejki monorail jeżdżącej wzdłuż Stripa (w ogóle fajna opcja transportu po Stripie jak komuś pasują przystanki). 15 minut spacerku i byliśmy w prawie pustym Denny's 😎 Niestety menu w Denny's nie było najłatwiejsze do zrozumienia - dużo różnych kombinacji i różne fancy nazwy dań kompletnie nas zdezorientowały. Kelner podchodził do nas dwa razy i sporo było pokazywania palcem na obrazki z menu 😂 Ostatecznie dostaliśmy potężne porcje całkiem przyzwoitego (jak na sieciówkę) jedzenia. Po naszych doświadczeniach z dinerami nie jesteśmy w stanie zrozumieć, dlaczego ludzie w Stanach wolą jadać śmieciowe żarcie w fast foodach. Jedyny minus to, że normalne dinery zamykają dosyć wcześnie, ale te sieciówkowe jak Denny's są otwarte nawet całą dobę.

Najedzeni prawie że wyturlaliśmy się ze śniadaniarni. Obraliśmy kierunek na Strip przez MGM Grand i jakie mieliśmy szczęście, bo akurat był otwarty jeden stół z ruletką z krupierem. To była nasza szansa. Usiedliśmy przy stole i obydwoje kupiliśmy żetonów za całe 50 dolarów każdy. Szaleństwo! 🤑 To był nasz pierwszy raz, więc dzień prędzej się trochę przygotowałem. Z ciekawszych rzeczy ważne jest, że obowiązuje minimalna wartość zakładu, którą przyjmie od nas krupier. Wartość ta dla każdego stołu może być inna i zawsze jest wyświetlona gdzieś na stole. Z rana, jeżeli uda nam się znaleźć otwarty stół, często te wartości są niższe. Nam się udało znaleźć stół za 15 dolarów, co było fajne, bo można było zrobić sobie kilka zakładów na raz (w pewnym momencie trochę tych żetonów miałem 💪). Ostatecznie wyszło na to, że za nasze wejściowe 2x50$ pobawiliśmy się około godziny i odeszliśmy od stołu z dokładnie taką samą ilością pieniędzy jak przyszliśmy. Jedyne co to, że jedno z nas miało 80$, a drugie 20$ 😎 Mi się nawet spodobało, bawiłem się świetnie, tym bardziej, że trafiła nam się fajna krupierka, która widziała, że gramy pierwszy raz i cierpliwie nam tłumaczyła co niedozwolonego robimy.

Po zabawie mieliśmy jeszcze trochę wolnego czasu, więc ruszyliśmy jeszcze na spacer wzdłuż Stripu. Niestety na wysokości hotelu Bellagio zaczęło (znowu) dość mocno padać, więc weszliśmy do środka zobaczyć jak Bellagio wygląda od wewnątrz. Wtedy właśnie nam się przypomniało, że w ogóle planowaliśmy zajrzeć do tego hotelu, żeby zobaczyć ogród botaniczny, który znajduje się wewnątrz hotelu. Nie jest on duży, ale zrobiony z pomysłem i ma kilka ciekawych akcentów. Ogród nam się spodobał i spędziliśmy w nim kilka chwil.

Niestety na zewnątrz deszcz się rozhulał już na dobre. Udało nam się tylko dojść do kolejnego budynku przed Bellagio - The Cosmopolitan, gdzie stwierdziliśmy, że spróbujemy jeszcze chwilę przeczekać. Znaleźliśmy kolejny stół z ruletką, niestety pełny, więc poprzyglądaliśmy się dłuższą chwilę grze. Deszcz nie przestawał padać, a przy stole zrobiło się miejsce, więc zachęceni poprzednią dobrą passą dołączyliśmy do gry. Tym razem minimalny zakład to było 25 dolarów, co spowodowało, że już po kilku złych decyzjach i może 10 minutach odpadliśmy z gry spłukani. No trudno, nasze 2x50$ i tak było przeznaczone na straty w kasynie.

Do hotelu po odbiór walizek dotarliśmy mocno mokrzy. Ja po drodze na śliskiej nawierzchni wywinąłem jeszcze orła, który skutecznie popsuł mi humor, bo byłem caluśki mokry. Przebraliśmy się w toalecie i na lotnisko wzięliśmy Ubera. USA pożegnało nas deszczem na pustyni 👋

Co innego do zobaczenia

Osobiście mocno żałuję, że z niewiadomych przyczyn nie poszliśmy w Vegas zobaczyć The Sphere - gigantycznego wyświetlacza w kształcie kuli. Był doskonale widoczny i robił wrażenie już z samolotu, ale po tym został przez nas zapomniany 🤷

Planując pobyt w okolicach Page warto spróbować wygrać na loterii bilet do The Wave. Niestety jest to bardzo trudne i należy to robić na kilka miesięcy do przodu. Nam się nie udało.

Oczywiście można też spędzić więcej czasu w Zion National Park.

Wracając do Las Vegas z Zion NP można zrobić mały d-tour i zajechać na krótki hike do Fire Wave.

Gdybyście mieli więcej czasu w okolicach Monument Valley to możecie zajechać na filmowy Forrest Gump Point i jak czas pozwoli to kawałek dalej na punkt widokowy do Goosenecks State Park

To oczywiście jest tylko szczypta rzeczy, które są do zobaczenia w tych czterech stanach, które odwiedziliśmy. Nasz plan był układany pod nasze preferencje. Każdy jest inny i lubi inne rzeczy. Można potraktować nasz plan jako start pod swój własny plan i zacząć go modyfikować pod siebie 😎

Koszty

Nie będziemy ukrywać, że ten wyjazd do tanich nie należał. Nie robiliśmy go też w wersji ekonomicznej. Największe oszczędności przyniosłoby zrealizowanie tej wycieczki z jeszcze jedną parą. W takim wariancie koszty wynajmu samochodu i paliwa spadają o połowę. Dziwną rzeczą w motelach w Stanach jest to, że pokoje 4-osobowe (dwa łóżka typu queen) są w identycznych cenach co pokoje 2-osobowe (1 łóżko typu king). A więc z kolejną parą, z którą nie macie problemu spać w jednym pokoju, możecie praktycznie ponownie podzielić koszty noclegów na pół. To może łącznie obniżyć koszt całej wycieczki o nawet 1/3 wartości.

Nasze koszty (dla dwóch osób) wyglądały następująco:

  • Bilety lotnicze - 8958 zł
  • Wypożyczenie samochodu - 3660 zł, w tym:
    • LA - San Francisco - 8 dni - SUV - 2100 zł
    • Las Vegas - Las Vegas - 3 dni (oryginalnie, nie licząc przymusowego przedłużenia) - SUV AWD - 1560 zł
  • Paliwo - około 1400 zł
  • Noclegi - 11437 zł
  • Atrakcje turystyczne - 5132 zł, w tym:
    • Wycieczka na wieloryby - 192,92 USD
    • Zwiedzanie Alcatraz - 95,9 USD
    • Wycieczka po Warner Bros Studio - 190 USD
    • Wstępy do parków narodowych - 160 USD
    • Wstęp do Monument Valley - 16 USD
    • Oba Antelope Canyon - 413 USD
    • Występ Burlesque - 183,12 USD
  • Jedzenie i inne - około 11000 zł
  • Napiwki - 20% z jedzenia i inne - około 2000 zł

A więc za całość dla dwóch osób wydaliśmy około 44 tysięcy złotych.

Comments (0)

No comments yet

Be the first to share your thoughts!

Add comment